OPASKA SOLIDARNOŚCI WALCZĄCEJ

1 MAJA 1989 R.
WROCŁAWSKA MANIFESTACJA SW PRZECIW POROZUMIENIU Z KOMUNISTAMI.

Jerzy Bielasiński

     W 1989 r. Solidarność Walcząca nie zaakceptowała umów Okrągłego Stołu, domagała się całkowitej likwidacji komunizmu, w pełni wolnych wyborów, uwłaszczenia społeczeństwa wezwała do bojkotu wyborów zaplanowanych na 4 czerwca 1989 r. Była też przeciwna wyborowi gen. Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta.

     Solidarność Walcząca od początku swego istnienia nie godziła się na jakiekolwiek porozumienie z komunistami. Cel do jakiego dążyła był jasny i niezmienny – odebranie władzy komunistom bez jakichkolwiek kompromisów, dążenie do całkowitego upadku systemu. Organizacja nie miała złudzeń okrągły stół był propozycją nie na pokonanie komunizmu, a reformę systemu, którego rychły upadek przewidywała, gdyby opór został podtrzymany. Dlatego odrzucając okrągłostołowy kompromis z komunistami oraz wszystkie jego efekty SW wzywała do aktywnego sprzeciwu, wyjścia na ulicę i przeciwstawienie się ugodzie z komunistami w ulicznych manifestacjach. Podstawowym hasłem licznie organizowanych w tym okresie przez SW demonstracji było żądanie odsunięcia PZPR od władzy, sprzeciw wobec ustanowienia stanowiska prezydenta przeznaczonego dla gen. Jaruzelskiego, wezwanie do bojkotu nie mających nic wspólnego z demokracją ani wolnością kadłubowych wyborów 4 czerwca oraz postulat rozpisania całkowicie wolnych wyborów.

    Radykalny nurt niepodległościowej opozycji antykomunistycznej nie mógł w tym czasie liczyć na masowe poparcie ze strony społeczeństwa, które w dalszym ciągu darzyło zaufaniem historycznych przywódców „Solidarności” z Wałęsą na czele. Mimo wszystko na wezwanie Solidarności Walczącej 1 maja 1989 r.  głównie pod hasłem „Precz z komuną” i bojkotu wyborów na ulicę wielu polskich miast m. in. Gdańska, Gdyni, Jastrzębia, Poznania, Warszawy i Wrocławia wyszły tysiące ludzi. Manifestacje były brutalnie atakowane przez ZOMO. W kilku miastach doszło do gwałtownych zamieszek i starć demonstrantów z siłami bezpieczeństwa. Najostrzejszy przebieg miała zorganizowana wspólnie przez SW i PPS- RD manifestacja we Wrocławiu.

   Cofnę się w czasie i przypomnę wydarzenia, które rozegrały się na ulicach Wrocławiu 1 maja 1989 r. Opowiem o przygotowaniach do manifestacji, o jej przebiegu i skutkach.     W tej mierze mogę przypisać sobie status świadka historii – uczestnika zdarzeń. W ramach Grup Wykonawczych Solidarności Walczącej brałem aktywny i bezpośredni udział w przygotowaniach i organizacji manifestacji, byłem jej uczestnikiem, brałem udział w starciach z ZOMO. Mogę więc o wydarzeniach coś opowiedzieć. Warto, aby to młodsze pokolenie, które wiedzę o tamtym okresie czerpie m. in także z takich relacji dowiadywało się, że kiedy Wałęsa i Michnik pili wódkę z gen. Kiszczakiem tzw. „niekonstruktywnych” przeciwników dogadywania się z władzą ludową, którzy ośmielili się wyrazić swój sprzeciw (zaledwie na miesiąc przed pamiętnymi wyborami 4 czerwca 1989 r.), na ulicach Wrocławia pałowało i rozjeżdżało nysami ZOMO.

     Na portalu Solidarności Walczącej (https://old.sw.org.pl/ ) odnajdziemy Film z demonstracji SW 1 maja 1989 r.  Myślę, że to pisemne wspomnienie – relacja uczestnika wydarzeń tamtego dnia stanowić będzie formę rekonstrukcyjnego dopełnienia.

    Decyzja o zawezwaniu do pierwszomajowych demonstracji, zapadła mniej więcej na trzy tygodnie przed datą. Od razu też ruszyły przygotowania do wrocławskiego manifestacji. Rozpoczął się druk gazetki ulicznej, ulotek i plakatów. Do działań informacyjnych „na mieście” ruszyły Grupy Wykonawcze SW. Szefem formacji był wówczas Jarek Krotliński.  Do jej zadań należało m. in przeprowadzanie niebezpiecznych ulicznych akcji takich jak manifestacje, malowanie murów, rozrzucanie ulotek. Skuteczność tej formacji była bardzo wysoka. W ciągu następnych dni miasto zostało zasypane gazetką uliczną   i ulotkami, a mury pokryły napisy i plakaty. Za dnia grupy podejmowały spektakularne akcje ulotkowe. Na głównych ulicach miasta, placach, węzłach komunikacyjnych, ciągach pieszych, przed uczelniami i zakładami pracy w godzinach największego szczytu rozrzucano wielotysięczne nakłady gazetki i ulotek. Nocami klejono plakaty i malowano napisami mury. Akcje były powtarzane. Równolegle trwały inne przygotowania. Szykowano transparenty, tuby nagłaśniające, trwały ustalenia trasy przemarszu, organizowano służbę porządkową. 

     Do zapowiedzianej manifestacji odpowiednio przygotowywała się także władza. Jeden z uczestników manifestacji zamieszkały tuż obok koszar ZOMO na ul. księcia Witolda we Wrocławiu informował, że już od wczesnych godzin rannych 1 maja obserwował gorączkowe przygotowania sprzętu. Kratowano wozy i przygotowywano armatki wodne. Tuż po godzinie 9 kolumny wozów wyjechały z koszar.

     Manifestacja rozpoczęła się o godzinie 10 wiecem na ulicy Świdnickiej. Na wezwanie Solidarności Walczącej odpowiedziało według różnych szacunków od 8 do 10 tysięcy osób. Zgromadzonych przywitali liderzy. Ze strony SW Hanna Łukowska – Karniej i PPS – RD Józef Pinior. Głos zabrał także lider Pomarańczowej Alternatywy Waldemar Fydrych „Major”.  Warto zauważyć, że była to pierwsza demonstracja SW na której w sposób jawny wystąpiła i przemawiała do uczestników osoba ze ścisłego kierownictwa Solidarności Walczącej – członkini Rady i Komitetu Wykonawczego SW Hanna Łukowska – Karniej, która odczytała list Kornela Morawieckiego. Jawnych przedstawiciela SW ustanowiła dopiero w miesiąc później. We Wrocławiu stał się nim Wojciech Myślecki.

    Tuż przed 11 uformowała się manifestacja, która w eskorcie uzbrojonych sił milicyjnych i esbecji z ul. Świdnickiej ruszyła Kazimierza Wielkiego, następnie Nowotki (obecną Krupniczą), Sądową, przez pl. PKWN (obecny pl. Legionów), Grabiszyńską w kierunku zajezdni autobusowej MPK pod tablicę upamiętniającą powstanie Solidarności.

      Manifestacji potowarzyszył prowadzony przez SW nasłuch radiowy częstotliwości wykorzystywanych przez SB, MO i ZOMO. 

      Manifestację otwierał kilkunastometrowy transparent z napisem: „Precz z komunizmem – Solidarność Walcząca”.  Na czele liderzy SW i PPS – RD.  Demonstranci podczas przemarszu skandowali: „Precz z komunizmem”, „Niepodległość”, „Wolne Wybory”. W tłumie widoczne były transparenty: „Dość podwyżek cen”, „Nie utrwalaj komunizmu – Zbojkotuj wybory”, „Żądamy demokracji nie dyktatury”. Dostrzec można było także transparenty z Opola i Zgorzelca. W trakcie tej manifestacji skandowano już hasła nie tylko przeciw komunistom, ale również przeciwko Lechowi Wałęsie.

     Na wysokości ul. Nowotki doszło do próby zatrzymani marszu. Ulicę zablokował pojedynczy kordon MO wsparty ustawionym w poprzek Starem. Milicja widząc, że blokada nie robi większego wrażenia na maszerującym tłumie, a już na pewno nie jest w stanie go zatrzymać rzucili się do ucieczki. Nie niepokojeni już manifestanci kontynuowali swój marsz do kolebki wrocławskiej Solidarności – zajezdni autobusowej MPK VII pod tablicę pamiątkową Solidarności.

    Na pokaz siły władza wybrała pl. Srebrny przy Stadionie Śląska Wrocław nieopodal zajezdni MPK. W tym miejscu skoncentrowano w pełnym rynsztunku włącznie z armatkami wodnymi znaczne siły ZOMO. Wzdłuż chodnika ustawiony został odpowiadający szerokości jezdni gotowy do jej zamknięcia podwójny kordon „tarczowników”. Zgromadzenie przeciwko pokojowo protestującym tak ogromnych sił i środków na widoku i w bliskiej odległości od tłumu było prowokacją w samą w sobie.

       Tłum w spokoju jednak minął zgrupowanie sił milicyjnych i dotarł pod zajezdnię, gdzie rodziła się dolnośląska „Solidarność”. Tu pod tablicą upamiętniającą jej powstanie złożone zostały kwiaty i rozpoczął się więc. Swoje przemówienia ponownie wygłosili liderzy. Hanna Łukowska – Karniej jeszcze raz odczytała list przywódcy SW Kornela Morawieckiego. Na zakończenie zebrani odśpiewali hymn narodowy po czym więc został rozwiązany. Ze strony organizatorów padł apel o spokojny powrót do domów i nieulegania prowokacjom. Chodziło o to by nie dać zomowcom pretekstu do ataku na ludzi. Kiedy trwał więc zomowcy p zamknęli ul. Grabiszyńską. Kordon ustawiony zostały przy wiadukcie kolejowym (na wysokości dziś już nieistniejącej fabryki maszyn budowlanych – Fadroma). Tłum rozchodził się spokojnie. Zapełniły się autobusy i tramwaje. Jednak większość ludzi ruszyła pod wiadukt w kierunku centrum.

      Zomowcy blokowali całą szerokość ulicy. Po obu jej stronach pozostawili jedynie wąskie ok. 1 metrowe przejścia. W ten sposób chciano doprowadzić do rozciągnięcia i rozproszenia demonstrantów. W tym miejscu doszło do pierwszych starć, kiedy zomowcy brutalnie zaczęli napierać tarczami na przechodzących ludzi.

       W ślad za udającymi się do centrum ruszyły siły porządku. Zomowcy starali się zmusić ludzi do marszu chodnikami, a nie ulicą co w kilku miejscach na trasie doprowadziło do drobnych potyczek grup manifestantów z zomowcami. Służby porządkowe organizatorów mimo ewidentnych prób prowokacji ze strony milicji starały się gasić te punkty zapalne i nie dopuścić do szerszej konfrontacji i wybuchu starć. Tym bardziej więc nic nie zapowiadało tego co miało się wydarzyć za chwilę.

    Z manifestantami postanowiono rozprawić się na ul. Nowotki. Tu czkała już na nich kolumna wozów. Kiedy demonstranci dochodzili do skrzyżowania ul. Sądowej   z Podwalem szczekaczki zaczęły wzywać ludzi do zejścia na chodniki i nieblokowania jezdni. U wejścia do hali „Gwardii” z wozów wysypali się zomowcy i rozpoczęło się brutalne spychanie ludzi na chodniki. W pewnym momencie w kierunku tłumu ruszyły rozpędzone milicyjne nyski wjeżdżając w niego. Po drugim lub trzecim okrążeniu samochodów rannych zostało kilka osób. Stan jednej z osób po której dosłownie przejechała szarżująca milicyjna nyska był ciężki. Do rannych milicja nie chciała wezwać karetki. Po pomoc zadzwonili ludzie. Kiedy nadjechała karetka zomowcy zablokowali jej dojazd. Dopiero po około pół godziny pogotowie zabrało rannych i przewiozło do Szpitala na pl. 1 Maja (dziś pl. J. Pawła II).

    Ten niczym nieusprawiedliwiony bandycki atak zomowców stał się zarzewiem regularnej wojny ulicznej. Rozwścieczeni demonstranci podjęli bruk, w ruch poszły kamienie, płyty chodnikowe, butelki, połamane ławki i kosze na śmieci. Zomowcy używając petard  i granatów z gazem łzawiącym uderzyli na ludzi. Do akcji wprowadzono armatki wodne. Oliwy do ognia dolała rozpuszczona wśród demonstrantów nieprawdziwa informacja jakoby jeden z przejechanych przez milicyjną nysę mężczyzn to ofiara śmiertelna. Doprowadziło do jeszcze większej radykalizacji postaw wśród ścierających się   z zomowcami. Komuś wyraźnie zależało, żeby eskalować zamieszki. W obronie własnej i uczestników manifestacji Grupy Wykonawcze SW otrzymały przyzwolenie użycia przeciwko wozom i armatkom butelek z benzyną. Jeden z obrzuconych Starów stanął w płomieniach.  Po chwili walki rozprzestrzeniły się na sąsiednie ulice i pobliski park z placem Wolności. Na miejsce zaczęto ściągać dodatkowe posiłki milicyjne. Zomowcy starali się nie tylko rozproszyć, ale także okrążyć i ostatecznie zlikwidować grupy demonstrantów. Działania te miały za cel niedopuszczenie manifestantów do przedostania się na ul. Podwale, gdzie znajdują się budynki Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych, sądów, prokuratur i aresztu śledczego. Zapewne czyniono to w obawie przed atakiem manifestantów na te obiekty.

     Zomowcy za wszelką cenę nie chcieli dopuścić do połączenia się walczących z nimi grup. Rozproszenie sprzyjało SB – kom, którzy wmieszani w grupy ludzi zaczęli wyłapywać najbardziej aktywne osoby i wciągać za milicyjne kordony. W tej sytuacji zaczęto nawoływać się do przebijania się w kierunku ulicy Świdnickiej, aby tam połączyć siły i utworzyć jednolity front walki.

     Po chwili na Świdnicką zaczęły docierać pierwsze grupy demonstrantów. Z każdą minutą tłum gęstniał. Ludzie zgrupowali się na Kazimierza Wielkiego i Świdnickiej po obu stronach przejścia podziemnego Młodzi radykałowie zaczęli wznosić wzdłuż ulicy Kazimierza Wielkiego barykadę z kontenerów na śmieci  i tego wszystkiego co dało się pozyskać z okolicznych podwórek i budów (stare meble, kubły, opony, ławki, beczki, stalowe i betonowe elementy). Na barykadzie zgromadzono duże ilości kamieni zniesionych z nasypów torów tramwajowych. Pojawiły się także butelki z benzyną. Determinacja ludzi była ogromna, a górę brała chęć odwetu.

     Pododdziały w pełnym rynsztunku hełmy na głowach, na pyskach przyłbice, wyposażone w nagolenniki, tarcze, kamizelki i pałki szturmowe pojawiły się na Kazimierza Wielkiego po około 2 godzinach od zbudowania barykady. Najpierw zomowcy zaatakowali demonstrantów zgromadzonych po obu stronach przejścia podziemnego na Świdnickiej, a dopiero potem nastąpiło uderzenie głównych sił na barykadę. Kiedy w kierunku barykady ruszył kordon tarczowników osłanianych przez działko wodne demonstranci podpalili opony i beczki po smole. W trakcie ataku zomowcy użyli pałek i granatów łzawiących, manifestanci – kamieni, płyt chodnikowych, butelek, butelek z benzyną i prętów. Mimo zaciekłej walki barykady nie udało się podtrzymać, a jej obrońcy zmuszeni byli się wycofać. Po wyparciu manifestantów zomowcy przystąpili do demontowania barykady.  

    Po kilkunastu minutach od ataku sił milicyjnych rozproszeni demonstranci na nowo zaczęli zbierać się przy przejściu podziemnym na Świdnickiej po stronie Opery Wrocławskiej. Kiedy zomowcy, ze wsparciem polewaczki próbowali wkroczyć na ten odcinek ulicy zostali obrzuceni gradem kamieni i zmuszeni do wycofania się. Nie udała się też próba zaatakowania manifestantów od tyłu od strony ulicy Teatralnej i Heleny Modrzejewskiej. Dopiero w kolejnych atakach zomowcom udało się wyprzeć z tego miejsca tłum. Tuz po tym manifestanci rozdzielili się na kilka grup, które w kilku punktach centrum miasta ścierały się z siłami milicyjnymi do wczesnych godzin wieczornych. Szacuje się, że w walkach ulicznych tego dnia w kulminacyjnym momencie wzięło udział od. 2 do nawet 3 tys. osób.

     Nazajutrz o wydarzeniach do jakich doszło we Wrocławiu rozpisywała się lokalna prasa. Według danych, które podawał dziennik PZPR „Gazeta Robotnicza” podczas zamieszek uszkodzono 37 pojazdów milicyjnych, obrażenia ciała odniosło 25 funkcjonariuszy, zatrzymano 17 osób, w tym 5 nieletnich. Spośród osób dorosłych 7 zostało zatrzymanych w areszcie, a 5 zwolnionych. Nieletnich przekazano pod opiekę rodziców. Ponadto powstały znaczne szkody materialne, m. in.  zniszczone zostało przejście podziemne na ul. Świdnickiej i wybito szyby w pobliskiej księgarni.

      Władza tymczasem co nie było zaskoczeniem próbowała wybielać winę sił bezpieczeństwa za wywołanie starć i obarczyć nią manifestantów. Narracja szła w kierunku, że awantura była na zimno planowana przez radykałów z SW, którzy od samego początku dążyli do konfrontacji z siłami milicyjnymi Do wywołania zamieszek manifestanci wykorzystali natomiast fakt nieszczęśliwego wypadku, który przydarzył się stróżom porządku, bo tak nazwano rozjeżdżanie bezbronnych, spokojnie maszerujących chodnikiem ludzi przez milicyjne radiowozy. Lokalna prasa wydarzenia opisywała następująco. Kiedy tłum powracających demonstrantów dochodził już do ul. Nowotki na jego widok kolumna wozów ZOMO zaczęła się wycofywać. Podczas tego manewru jedna z milicyjnych nys pozostała na środku ulicy unieruchomiona przez awarię silnika. Nadchodzący manifestanci zaatakowali pojazd obrzucając go kamieniami, butelkami i koszami na śmieci. Osaczonym i przerażonym zomowcom na ratunek ruszyły inne milicyjne wozy. Ponieważ ulica była zablokowana przez agresywny tłum radiowozy musiały jechać chodnikami. Na chodniku jedna z nysek została zatrzymana i zaatakowana przez manifestantów. W pojeździe wybito szyby, wyrwano drzwi i urwano lusterka. Przerażona załoga nyski podjęła paniczną ucieczkę na wstecznym biegu. Kierowca nie mając jednak widoku w bocznych lusterkach (te wcześniej zostały urwane przez demonstrantów) przejechał dwóch mężczyzn, a kilka innych osób potrącił.

     Pomimo szeregu dowodów (utrwaleń filmowych, zdjęć, zeznań naocznych świadków,) ukazujących, że zomowska nyska celowo i z premedytacją wjechała w ludzi wersja władzy była niepodważalna i ostatecznie zadecydowała o umorzeniu sprawy toczącej się w związku wydarzeniami. Winni tego bandyckiego aktu pozostali bez kary.

     Manifestacje do których wezwała 1 maja 1989 r. Solidarność Walcząca miały charakter pokojowy. Taki ich przebieg kłóciłby się jednak z taktyką stosowaną przez komunistów. Odkąd powstała organizacja pokazywano ją jako radykałów i awanturników, a następnie „opozycję niekonstruktywną”. Komunistyczne siły bezpieczeństwa dwoiły się więc i troiły, aby manifestacje te tak jak uczyniono to m. in. we Wrocławiu przekształcić w zamieszki uliczne i ukazać prawdziwą twarz SW jako kamieniarzy i zadymiarzy. Przedstawianie przeciwników Okrągłego Stołu i wyborów kontraktowych, jako ludzi ogarniętych nienawiścią i wywrotowych gotowych na wszystko włącznie z aktami terroru było wpisane w projekt założycielski III RP.  

     Solidarność Walcząca była szczególnie niewygodna i niebezpieczna, bo kwestionowała ugodę, która legła u podstaw nowej władzy. Komuniści wiedzieli, że tej organizacji nie uda się pozyskać, że jej programowe i ideowe oblicze wyznacza solidny fundament radykalizmu politycznego powodujący, że formacja ta nie tylko, że nie wejdzie w żadne układy, ale też nie zaangażuje się we wsparcie powstającego systemu III RP.

    Komuniści znakomicie wiedzieli, że SW kategorycznie wyrzeka się przemocy jako takiej, dopuszcza jednak możliwość samoobrony w przypadku używania przez władze fizycznych ataków. W przypadku używania przez władzę przemocy społeczeństwo ma prawo także odpowiedzieć przemocą, a nawet podejmować działania odwetowe. Innymi słowy SW prezentowała stanowisko, że jeśli organizuje uliczne manifestacje, a one są brutalnie atakowane przez siły milicyjne, to jej organizatorzy i uczestnicy mają prawo się bronić.  W związku z tym „radykałowie” z SW nie odcinali się od tego, że w ramach obrony używali kamieni, butelek z benzyną, siły fizycznej w obronie własnej i uczestników protestów. Stąd manifestacje uliczne SW z powodu brutalności milicji i braku zgody na „nadstawianie policzka” zazwyczaj kończyły się zamieszkami. Siły bezpieczeństwa decydując się i tym razem na atak miały świadomość, że nie pozostanie to bez odzewu. Nie mam wątpliwości, że z takim właśnie zadaniem – doprowadzenia za wszelką ceną do ulicznej bitwy – ZOMO w tym dniu wyjechało z koszar.

     To była ostatnia tak duża manifestacja, w której wrocławscy „radykałowie” spod znaku SW starli się w walkach ulicznych z formacją o nazwie ZOMO – Zmechanizowane Odwody Milicji Obywatelskiej. Ta została rozwiązana 7 września 1989 r., a w jej miejsce powołano OPMO – Oddziały Prewencji Milicji Obywatelskiej. Swój kunszt pałowania nowa – stara formacja mogła już szlifować we Wrocławiu 13 grudnia 1989 r. W 8 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego podczas demonstracji zorganizowanej przez Solidarność Walczącą i Federację Młodzieży Walczącej pod hasłami „Precz z Jaruzelskim”, „Mordercy z MO i SB są wciąż na wolności” doszło w centrum Wrocławia do kilkugodzinnych starć manifestantów z siłami OPMO. To jednak temat na odrębną relację.

    Po przeszło trzech dekadach do wydarzeń jakie rozegrały się we Wrocławiu 1 maja 1989 roku nawraca w swoim dokumentalnym filmie: Okruchy wolności” związana z wrocławską SW Alicja Grzymalska. Autorka uczestnicząc w manifestacji osobiście rejestrowała na kamerze video jej przebieg. Udało się jej uchwycić moment przejechania człowieka przez milicyjna nysę. W trakcie filmowania sama także odniosła obrażenia. Premiera dokumentu odbyła się w październiku ubiegłego roku. 

     Do wydarzeń sprzed 31 lat nawiązują także odnalezione przeze mnie nie tak dawno seria zdjęć z pierwszomajowej manifestacji SW w 1989 roku. Na odwrocie zdjęć widnieją tuszowe pieczątki o treści następującej: Fot. – Vovkon – Wrocław 01. MAJ. 1989. Niestety mimo wielu starań na dzień dzisiejszy nie udało mi się ustalić autora fotografii. 

Jerzy Bielasiński

Wrocław, luty 2021 r. 

Przewiń do góry