OPASKA SOLIDARNOŚCI WALCZĄCEJ

MOJE WSPOMNIENIE
O KORNELU MORAWIECKIM

Andrzej Kisielewicz

     Gdy jechaliśmy samochodem razem z Marysią na pogrzeb Kornela, cały czas po głowie chodziła mi piosenka Włodzimierza Wysockiego „On nie powrócił z boju” *)

Czemu wszystko jest nie tak? Niby wszystko jak zawsze,

To samo niebo znowu niebieskie

Ten sam las, to samo powietrze i ta sama woda

Tylko on nie powrócił z boju.

     Kornela poznałem osobiście dopiero w stanie wojennym, kiedy uznano mnie, po odpowiednim sprawdzeniu, za osobę na tyle wiarygodną, że umówiono mi konspiracyjne spotkanie z jednym z najbardziej poszukiwanych przez SB przywódców wrocławskiego podziemia. Na pierwszym spotkaniu zlecił mi i mojej żonie Marysi redagowanie „Biuletynu Dolnośląskiego” – bo dotychczasowi redaktorzy byli zajęci pilniejszymi sprawami. Na kolejnym spotkaniu dostaliśmy zadanie redagowania głównego pisma SW „Solidarność Walcząca”, wówczas tygodnika. W czasie konspiracji spotkaliśmy się zaledwie kilka razy, ale poznawaliśmy się coraz lepiej przez swoje teksty: ja otrzymując co pewien czas teksty Przewodniczącego SW, a Kornel czytając i przepisując na składopisie moje teksty w kolejnych numerach „SW”. Nadawaliśmy na tych samych falach.

      Na jedno z takich konspiracyjnych spotkań wybraliśmy się z Marysią z naszym synkiem, urodzonym w 1983 roku, któremu nie przypadkiem nadaliśmy imię Kornel. Mały Kornel bardzo marudził, a w mieszkaniu, gdzie oprócz Kornela była Hania Karniej i gospodarze, zaczął płakać. Duży Kornel zaoferował się, że „ulula” małego Kornela. Poszedł z nim do innego pokoju i szybko zapanowała cisza. Ponieważ Kornel (duży) długo nie wychodził, zajrzeliśmy ostrożnie do pokoju i okazało się, że obaj śpią. Te określenia „duży Kornel” i „mały Kornel” przetrwały, nawet gdy mały Kornel był już dorosły.

     Naprawdę zaprzyjaźniliśmy się dopiero w latach dziewięćdziesiątych, kiedy Kornel zaczął nas coraz częściej odwiedzać i spędzaliśmy noce na rozmowach, nierzadko przeciągających się do rana. Był to dobry czas na rozwinięcie się dobrej i trwałej przyjaźni, bowiem Kornel, bohater solidarnościowego podziemia, został wtedy przez budowniczych III RP odsunięty na całkowity margines i skazany razem z jego Solidarnością Walczącą i próbami budowania Partii Wolności na zapomnienie. Ówczesne usiłowania wygumkowania Solidarności Walczącej z kart historii dadzą się porównać, z zachowaniem wszelkich proporcji, do prób wymazania z polskiej historii czynu Żołnierzy Wyklętych. Nasza przyjaźń budowała się więc wyłącznie na tym, że mieliśmy tak wiele sobie do powiedzenia i do przekazania.

     Przyjaźń ta zaowocowała tym, że gdy po zwycięstwie wyborczym Prawa i Sprawiedliwości mogliśmy obchodzić w 2007 roku 25-lecie powstania „Solidarności Walczącej” z poparciem i udziałem władz państwowych, gdy prezydent Lech Kaczyński zdecydował się na odznaczenie z tej okazji wielkiej grupy działaczy Solidarności Walczącej krzyżami Odrodzenia Polski, Kornel zaproponował mi objęcie funkcji przewodniczącego komitetu organizacyjnego tych obchodów. Wtedy – dopiero wtedy – zacząłem poznawać wspaniałych ludzi Solidarności Walczącej. W podziemiu moje kontakty z SW ograniczały się do Kornela, Hanki i kilku łączników. Dopiero w czasie obchodów 25-lecia zacząłem nawiązywać bliższe znajomości z wieloma byłymi członkami SW, które przerodziły się w silne więzi środowiskowe i przyjacielskie. 

     Kornel wierzył w cuda! Wierzył, że drukowaniem bibuły można pokonać dyktatury z ich czołgami, że gdy z grupką przyjaciół będzie podróżował za Papieżem z transparentem „Wiara i niepodległość”, to odwróci to bieg historii. Bez tej wiary w cuda i wiary w ludzi z pewnością nie dokonałby tego, co dokonał.

     Nawet odsunięty na margines, po serii niepowodzeń i porażek wyborczych, rwał się do następnych działań. W 2011 roku założył „Gazetę Obywatelską”, którą poza regularnym kolportażem sam roznosił po znajomych i przyjaciołach. Gdy zdarzył się kolejny cud i Kornel zainaugurował VIII kadencję Sejmu RP przemówieniem, które zostało przyjęte owacją na stojąco, zamiast zadowolić się pozycją Marszałka Seniora, niekwestionowanego autorytetu,  i ograniczyć się do podobnych wystąpień i komentarzy, Kornel wbrew radom wielu przyjaciół założył partię „Wolni i Solidarni”. Chciał dalej zmieniać świat. Plany snuł jeszcze na szpitalnym łóżku nie przewidując, że tym razem nie powróci z tego ostatniego boju.

Teraz już trudno rozstrzygnąć, kto z nas miał rację

W naszych sporach bez snu i spokoju,

Dopiero teraz tak bardzo chciałbym mu wyjaśnić tyle rzeczy

Gdy on nie powrócił z boju.

    Gdy Kornel został wybrany do sejmu i Prezydent Andrzej Duda powierzył mu funkcję Marszałka Seniora, przeprowadził się do Warszawy i nasze nocne spotkania stały się niestety rzadsze. Ale za to, też niestety, burzliwsze. Początek wyglądał tak jak dawniej. Dzwonił Kornel, wieczorem (kiedyś bywało nawet o północy) i pytał: „Andrzejku, nie śpicie? To ja wpadnę na chwilę”. Jasne. Ja informowałem lakonicznie Marysię „Kornel przyjdzie”. Marysia pytała zwykle „Duży czy mały?”. Nasz syn Kornel mieszkał już osobno i też wpadał, też uprzedzając na chwilę przed wpadnięciem.

     Kornel zajmował zwykle to samo miejsce przy stole, herbata (koniecznie z cytryną, jeśli jest), coś do zjedzenia i zagadywał, co o czymś myślę. Tak zaczynały się nasze długie dyskusje  i spory.

     Było parę spraw, w których zasadniczo nie zgadzałem się z Kornelem, które mnie martwiły, działania, od których usiłowałem go odwieść: jego  stosunek do Putina i władz Rosji, pogląd na katastrofę smoleńską,  stosunek do Prawa i Sprawiedliwości i do tego, co powinien zrobić jego syn Mateusz, do powołania nowej partii. Spory te nabierały tak wysokiej temperatury, że Marysia musiała nas nierzadko uspokajać: „Andrzej! Nie krzycz na Marszałka!”. Kornel się wtedy śmiał. Głupstwo.

     Dzieliła nas wtedy nie tylko różnica pozycji, ale razem z pierwszymi objawami choroby zaczęła być widoczna różnica wieku. Czułem, że jeśli wcześniej traktowałem Kornela rodzinnie, jak starszego brata, to teraz zacząłem się o niego martwić, jak o ojca. I te spory nabierały charakteru buntu syna przeciwko ojcu – przeciwko duchowemu ojcu. Przecież tak wielką rolę odegrał w moim życiu!

     Oczywiście, gdy wyszły problemy zdrowotne z jego sercem przestałem krzyczeć na Kornela. A przynajmniej starałem się przestać, bo Kornel jakby mu brakowało temperatury tych sporów, uparcie wracał do spornych tematów. Raz, przed planowaną operacją, przyszedł do nas. Do naszego mieszkania po wyjściu z windy prowadzą jeszcze schodki na ostatnie piętro. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem, jak po pokonaniu połowy drogi schodkami Kornel zatrzymał się. Nie miał siły iść dalej. Ten Kornel, któremu nigdy nie brakowało sił do niczego! Ścisnęło mi się serce i łzy stanęły w oczach…

      O tym wszystkim myślałem jadąc na pogrzeb Kornela. I towarzyszyły mi słowa piosenki Wysockiego. A życie dopisało do tego jeszcze niespodziewaną puentę.

Nagle wiosna wybuchła jakby wyrwała się z niewoli

I gdy naszła chęć na papierosa, z przyzwyczajenia zawołałem:

Przyjacielu, daj pociągnąć, a w odpowiedzi: cisza!

On wczoraj nie powrócił z boju.

     Po powrocie z pogrzebu zadzwonił do nas nasz syn Kornel. Martwił się. Chciał wpaść na chwilę. Jak zwykle, po zakończeniu rozmowy przez telefon, poinformowałem Marysię „Kornel przyjdzie”. I gdy spojrzałem na moją żonę zobaczyłem, że w tym momencie oboje pomyśleliśmy o tym samym: „Duży czy mały?”  I o tym, że to pytanie więcej już nie padnie.

Przewiń do góry