OPASKA SOLIDARNOŚCI WALCZĄCEJ

SOLIDARNOŚĆ WALCZĄCA BYŁA ORGANIZACJĄ CZYNNEGO OPORU

Krzysztof Brzechczyn

Fragment wywiadu z Andrzejem Mycem, członkiem Komitetu Wykonawczego Organizacji „Solidarność Walcząca”

Red.: Jakie były Twoje początki w Solidarności Walczącej? Czy rozpoczynając działalność w SW, byłeś świadomy dokonywania wyboru pomiędzy Solidarnością a Solidarnością Walczącą?

A.M.: Nie, nie, to wyglądało inaczej. Chociaż działałem w jakiejś strukturze, to jednak działałem z określonymi ludźmi i to decydowało o mojej przynależności i solidarności. Nie zawracałem sobie głowy etykietkami, interesowałem się tym, z kim, co i jak mam zrobić. Bardziej koncentrowałem się na tym, na ile można danemu człowiekowi zaufać, niż na tym, skąd jest.

Red.: Czy o wyłonieniu się Solidarności Walczącej zadecydowały bardziej czynniki taktyczne czy ideowo-polityczne?

A.M.: Trudno na to jednoznacznie odpowiedzieć, bo nie da się tego tak wyraźnie rozgraniczyć. Trzeba pamiętać, że po wprowadzeniu stanu wojennego wysoko postawieni działacze Związku byli w szoku, nie potrafili się odnaleźć w nowej sytuacji. Przed grudniem 1981 r. dysponowali jakąś władzą, byli wpisani w solidarnościową rzeczywistość. Po wprowadzeniu stanu wojennego stanęli przed perspektywą zejścia do podziemia. Było to dla wielu z nich mało atrakcyjne. Co mieli w tym podziemiu robić? Gazetki wydawać? W związku z tym chcieli, może nawet nieświadomie, doprowadzić do zawarcia jakiegoś porozumienia z władzą. Nie chodziło im nawet o takie porozumienie, jakie zostało potem zawarte przy Okrągłym Stole, takie rzeczy to im się wtedy nie marzyły. Chcieli coś małego od władzy wytargować. Podpowiadali więc komunistom takie rozwiązania stanu wojennego, które mogliby zaakceptować. Warto przypomnieć, że wtedy ogłoszono Tezy Prymasowskie, które były popierane i nagłaśniane przez działaczy NSZZ „Solidarność”, między innymi przez Władka Frasyniuka. Trudno było im się pogodzić z myślą, że władza nie chce zawierać z działaczami Solidarności żadnego kompromisu, bo przecież nie po to Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Jakoś ta prosta prawda do nich nie trafiała. Część jednak opozycji politycznej była świadoma tego, że żaden kompromis nie jest możliwy, że trzeba ekipę Jaruzelskiego nękać nieustannie i w konsekwencji może to doprowadzić do korzystnego dla społeczeństwa rozwiązania stanu wojennego. Tak mniej więcej wtedy rysowały się różnice stanowisk odnośnie stanu wojennego.

Red.: Co bezpośrednio zadecydowało o powstaniu Solidarności Walczącej?

A.M.: Powstanie SW zostało wymuszone poprzez szereg nieporozumień pomiędzy Władysławem Frasyniukiem a Kornelem Morawieckim. Nieporozumienia te dotyczyły strategii działania Solidarności w rzeczywistości stanu wojennego.

Logiczną konsekwencją różnicy stanowisk odnośnie rozwiązania stanu wojennego – o czym wspomniałem wcześniej – były dwie różne koncepcje walki z reżymem: stricte związkowa, ograniczona tylko do tych środków, którymi dysponują związki zawodowe na całym świecie, a więc strajki, działania propagandowe, naciski polityczne itp. oraz druga koncepcja – nazwałbym ją „partyzancko-niepodległościową” – która oprócz metod związkowych proponowała również demonstracje, samoobronę, uprzykrzanie życia komunistom i ludziom popierającym reżym, różne spektakularne akcje propagandowe, jak na przykład nadawanie audycji Radia „Solidarność”. Mówiąc bardzo konkretnie: Władysław Frasyniuk chciał poprzez tajne struktury Solidarności przygotować zakłady pracy do strajku generalnego i w określonym czasie zatrzymać Dolny Śląsk i całą Polskę. Koncepcja ta teoretycznie miała szanse powodzenia, gdyby udało się doprowadzić do tak dobrej organizacji wszystkich zakładów pracy poprzez tajne Komitety Strajkowe, gdyby… Kornel – jak chyba większość skupionych wokół niego osób – nie negował siły zdelegalizowanego Związku, ale również doceniał wartość czegoś, co można nazwać „ułańską fantazją” Polaków. Był – może to zabrzmi jak paradoks – pragmatykiem i nie przeceniał rzeczywistości. A rzeczywistość nie wyglądała zachęcająco. Ludzie się bali, z każdym kolejnym dniem stanu wojennego tracili ducha walki. Trzeba więc było tego ducha sierpniowego zrywu w narodzie podtrzymać. Jak się potem wielokrotnie okazywało, ludzie byli bardziej skorzy do jednorazowego czynu podyktowanego emocjami niż do pracy konspiracyjnej pod stałą groźbą aresztowania. Temperament i instynkt Kornela kazał mu iść właśnie w kierunku „walki partyzanckiej” – ciągłego nękania komuny spektakularnymi akcjami protestacyjnymi.

Te różnice w koncepcji walki z komuną między Frasyniukiem i Morawieckim pogłębiały się pomimo wielu gestów dobrej woli z obu stron. Rozstanie zbliżało się nieuchronnie, z czego sobie obaj zdawali sprawę. Do ostatecznego zerwania żadna ze stron nie była jednak przygotowana. Bali się strat moralnych, propagandowych, a przede wszystkim strat w ludziach i sprzęcie, jakie musiałoby pociągnąć za sobą takie rozstanie. Przed ostateczną decyzją Frasyniuk poczynił szereg kroków, aby pozyskać związanych z Kornelem działaczy dla Regionalnego Komitetu Strajkowego (RKS). Cel taki przyświecał m.in. spotkaniom, jakie Frasyniuk odbył wiosną 1982 r. Na jedno z takich spotkań został zaproszony Bogdan Aniszczyk i ja. Spotkaliśmy się z Frasyniukiem i Basią Labudą. Zasadniczym tematem spotkania była chęć pozyskania ludzi dla RKS-u oraz sondaż „opinii publicznej” podziemnych działaczy na temat ewentualnego rozstania się RKS-u z Morawieckim. Władek zaproponował nam pracę w strukturach Solidarności. Mielibyśmy być odpowiedzialni za tworzenie podziemnych struktur i przygotowywanie ludzi pracujących w służbie zdrowia i na uczelniach do strajku generalnego. Nie powiedzieliśmy o tym spotkaniu Kornelowi, bo nie chcieliśmy zaostrzać i tak już nie najlepszych między nimi stosunków.

Jakiś czas później Frasyniuk zdecydował odebrać Morawieckiemu redakcję „Z dnia na dzień” – dziennika NSZZ „Solidarność” Regionu Dolny Śląsk. Jako przewodniczący RKS-u miał takie prawo i Kornel nie miał do niego pretensji, nie zgadzał się, ale szanował jego decyzję. I tak Kornel został zmuszony do działania poza strukturami podziemnej Solidarności.

W czerwcu 1982 r. Morawiecki zwołał zebranie wszystkich, którzy z nim współpracowali. Mieliśmy świadomość, że jest to zebranie historyczne. Zebranie miało chwilami bardzo burzliwy przebieg. Jedni odradzali zupełne zerwanie z RKS-em, inni na to nastawali. Zastanawialiśmy się, co dalej robić. Wtedy, zdaje się, że Kornel zaproponował nazwę Solidarność Walcząca. Uzasadniał to tak: „skoro wywodzimy się i jesteśmy Solidarnością, to słowo to musi znaleźć się w naszej nazwie. Ale Solidarność to za mało powiedziane, my mamy być taką Solidarnością, która będzie walczyła o ludzi i o ich prawa”. Przyjęliśmy nazwę Solidarność Walcząca. Wtedy nie mieliśmy jeszcze żadnej struktury i trudno się było nazwać organizacją. Nazwaliśmy się więc Porozumieniem. I nazwa została – Porozumienie „Solidarność Walcząca”. Chcieliśmy wokół Porozumienia skupić jak najwięcej osób i istniejących już podziemnych struktur, które opowiadały się za czynnym oporem.

Dla niektórych uczestników zebrania taka płaszczyzna porozumienia była nie do zaakceptowania i część działaczy odeszła do struktur Związku. Tak odszedł Bogdan Aniszczyk do RKS-u. Spotykałem się z nim potem wielokrotnie i chociaż działaliśmy w innych organizacjach, to łączyła nas swoista lojalność i solidarność. Mówię o tym, bo takie relacje, jak moje z Bogdanem, były dość powszechne między działaczami SW a RKS-u. Różnice metod działania i struktur nie przysłaniały nam celu, o który walczyliśmy.

Na początku Porozumienie „Solidarność Walcząca” funkcjonowało jako nieformalna grupa zrzeszająca Komitety Strajkowe z różnych zakładów pracy. Potem przekształciliśmy się w Organizację. Współpraca z Solidarnością Walczącą w niczym nie przeszkadzała Komitetom Strajkowym w byciu lojalnym wobec RKS NSZZ „Solidarność” Dolny Śląsk. Rola Solidarności Walczącej polegała na utrzymywaniu kontaktów z Komitetami Strajkowymi w zakładach pracy, na przekazywaniu informacji, pomocy w drukowaniu i kolportażu gazetek oraz pomocy w organizowaniu czynnego oporu.

Red.: Czy to może tłumaczyć sukcesy Solidarności Walczącej?

A.M.: W pewnym sensie tak, bo Solidarność Walcząca wypełniała próżnię, która powstała po wprowadzeniu stanu wojennego i internowaniu przywódców Solidarności. Wielu działaczy, którzy z różnych względów nie zostali internowani, i ci, którzy stopniowo byli zwalniani z internatów, nie potrafiło pogodzić się z rzeczywistością stanu wojennego, a będąc bardziej radykalnymi w swoich poglądach niż ogół społeczeństwa, szukali miejsca dla siebie poza strukturami podziemnej Solidarności. I takich ludzi zrzeszała i organizowała Solidarność Walcząca.

 

Wywiad przeprowadził Krzysztof Brzechczyn 

USA, Nowy Jork, lipiec 1993 r. 

Autoryzacja: USA, Michigan, Ann Arbor, maj 1998 r.

Przewiń do góry