OPASKA SOLIDARNOŚCI WALCZĄCEJ

NIEZMORDOWANY WYDAWCA I DOBRY CZŁOWIEK

Artur Adamski

     16 listopada umarł Antoni Wójtowicz – człowiek nadzwyczaj przyjazny i sympatyczny a zarazem ogromnie zasłużony w walce o wolność słowa i upowszechnianie prawdy o polskiej historii.

      Urodził się w 1954 roku w Namysłowie. Po maturze ubiegał się o przyjęcie na Uniwersytet Wrocławski, na którym został studentem historii. Od 1977 współpracował ze Studenckim Komitetem Solidarności, którego gazetki najpierw kolportował a potem brał udział w ich druku. Po ukończeniu studiów historycznych rozpoczął studia w Instytucie Nauk Politycznych. Kierunek ten nie cieszył się wówczas najlepszą opinią wśród opozycyjnie nastawionych studentów. Niezbyt słusznie politologia bywała wówczas postrzegana jako kuźnia kadr dla aparatu partii. Kres takim wyobrażeniom swoją działalnością położył Antek, który zaraz po sierpniu 1980 włączył się w tworzenie na Uniwersytecie Wrocławskim Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Instytut politologii był mały, dysponował zaledwie dwoma małymi salkami, lecz za to zlokalizowany był w miejscu, obok którego studenci wielu wydziałów przemieszczali się wyjątkowo licznie. A za sprawą Antka szybko zyskało ono renomę kolportażowego centrum, w którym zawsze zaopatrzyć się można było w wiele tytułów świeżej niezależnej prasy. Sam od 1980 roku redagował głośne studenckie pismo „Woda na młyn”. W 1981 roku wszedł w skład Zarządu Uczelnianego NZS i zainicjował utworzenie wydawnictwa „Universitas”. Stając na jego czele rozpoczął druk książek, zakazanych przez komunistyczną cenzurę. Postacią legendarną stał się Antek w czasie strajków w lutym, kiedy to studenci domagali się rejestracji NZS-u i jesienią, gdy solidaryzowali się z kolegami z radomskiej Wyższej Szkoły Inżynierskiej. Wójtowicz był członkiem komitetów strajkowych, odpowiadającym zarazem za wydarzenia w jego instytucie. A miejsce to słynęło wtedy jako jedna z głównych powielarni, mająca zarazem do zaoferowania jedzenie, pozyskiwane od jakichś zaprzyjaźnionych darczyńców. Stąd wśród strajkujących często powtarzane było hasło: „na wyżerkę i po strawę duchową – najlepiej do Antka”.

     13 grudnia 1981 Antoni Wójtowicz znalazł się wśród tych, którym udało się dostać do gmachu głównego Uniwersytetu Wrocławskiego, by rozpocząć w nim protest przeciw wprowadzeniu stanu wojennego. Dwa dni później strajk został rozbity przez ZOMO. Po kilkunastu dniach uwięzienia w celi zakładu karnego przy ul. Kleczkowskiej przewieziony został do ośrodka internowania na terenie więzienia w Grodkowie. Tutaj, mimowolnie, wziął udział w wydarzeniach, znanych jako „zabicie ubeka”. Śmierć wysokiego oficera Służby Bezpieczeństwa była wtedy faktem, ale udział internowanych w tym wydarzeniu był co najwyżej pośredni. Zaczęło się od drobnego aktu niesubordynacji uwięzionych. Wg wersji najczęściej powtarzanej – zaprotestować mieli w związku z zakazem obejrzenia jakiegoś programu telewizji. Nadgorliwy komendant więzienia poczuł się zobowiązany powiadomić o tym przełożonych z Warszawy. Generał Kiszczak zrozumiał tę informację jako alarm o jakimś groźnym buncie internowanych. W związku z tym wysłał do Grodkowa helikopter z jednym ze swoich wysokich oficerów. W rejonie Grodkowa hulała wtedy jednak burza śnieżna, w związku z czym śmigłowiec wylądował we Wrocławiu. Ważny ubek dalszą drogę odbyć miał samochodem. Szczęście mu jednak nie sprzyjało, gdyż będąc już blisko więzienia, na oblodzonej drodze auto wpadło w poślizg. W następstwie utraty panowania nad samochodem wysoki oficer SB, nie realizując rozkazu Kiszczaka, poniósł śmierć w wypadku.

     Z internowania Antek został zwolniony 25 czerwca 1982. Włączył się w działalność podziemia, uczestniczył w ulicznych demonstracjach. W listopadzie znów, na parę tygodni, został internowany. Przebywał wtedy w więzieniu w Strzelinie. Powrót na studia politologiczne okazał się niemożliwy, w Instytucie Historii pracował jednak nad swoją pracą doktorską. A życie wypełniła mu przede wszystkim podziemna działalność wydawnicza. Od 1983 pracował w Zakładzie Produkcji Uszczelnień Technicznych, gdzie niemal od razu zaangażował się Tajny Komitet Zakładowy NSZZ Solidarność, dla którego redagował i drukował gazetkę zakładową „Jednością Silni”. Współpracował z Solidarnością Walczącą, kolportował wiele tytułów pism podziemnych. Uważał jednak, że bardziej od gazetek potrzebne są zakazane przez cenzurę książki. W 1984 roku stworzył więc podziemne wydawnictwo „Profil”. Współpracował z wieloma autorami, drukarzami, kolporterami. Gros wydawniczej roboty wykonywał jednak sam. Umiejętnie organizując swoją podziemną pracę do roku 1989 zdołał w znaczących nakładach wydać ponad 20 tytułów obszernych książek.

      W III RP postanowił kontynuować działalność wydawniczą. Nie było to łatwe w realiach rynku szybko zdominowanego przez potentatów dysponujących kapitałem obcym lub nomenklaturowym. Niemal wszystkie inne wydawnictwa o rodowodzie podziemnym szybko przestały istnieć. Antek zadowalał się jednak dochodem pozwalającym na bardzo skromne życie a na wydawniczym rynku znalazł sobie tematyczną niszę, dla której miał ogromnie dużo serca i w której nie było silnej konkurencji. Niszą tą były książki poświęcone zapomnianym wątkom zmagań z bolszewizmem oraz zmarłym działaczom podziemia. To dzięki nim ocalona została pamięć o postaciach wspaniałych, nadzwyczaj ofiarnych, które pomimo wielkich zasług w pookrągłostołowej Polsce skazane były na zamilczenie. W ostatnich dziesięcioleciach swej działalności blisko współpracował z m.in. dolnośląską Solidarnością, Helenką i Romkiem Lazarowiczami, Stowarzyszeniem Solidarność Walcząca.

     W swojej wydawniczej aktywności Antek borykał się z mnóstwem problemów. Przez wiele lat walczył też z chorobą nowotworową powodującą, że co jakiś czas przerywał pracę, lądując w szpitalu. Zawsze jednak był znany jako człowiek nadzwyczaj pogodny, przyjacielski, pełen optymizmu, zawsze skłonny do żartów. Mówienie o sprawach bolesnych zdawało się nie leżeć w jego naturze. Uważał chyba, że życie nie jest po to, żeby narzekać, ale po to, by cieszyć się nim, póki jest. I póki się żyje – robić coś, co cieszy, jest potrzebne i jest dobre.

     Wraz z jego odejściem tracimy postać niesłychanie ciepłą, życzliwą, serdeczną.  A zarazem człowieka, któremu wszyscy bardzo wiele zawdzięczamy.

Przewiń do góry