OPASKA SOLIDARNOŚCI WALCZĄCEJ

Wywiad z Romualdem Lazarowiczem - z książki
"Wrocławskie Rodziny Wyklęte"

Krzysztof Kunert

Człowiek Solidarności.

Romuald Lazarowicz, najstarszy syn Haliny i Zbigniewa „Bratka”, wnuk Jadwigi i Adama „Klamry”

   To była dla mnie szczególna rozmowa. Przeprowadziłem ją z Romkiem w lipcu 2019 roku na miesiąc przed jego śmiercią. Przyznam, że nie znam drugiej osoby tak bardzo oddanej Solidarności. I jeszcze te słowa o dziadku: „Moja życiowa droga została przez niego niejako wyznaczona, z góry zakreślona, a przez rodziców mądrze dopilnowana. Jako jego potomek musiałem wnieść swoją cegiełkę w walkę o wolność, choć ciągle miałem – i zresztą mam – poczucie, że robię za mało lub zbyt kunktatorsko”. Dziś – głęboko w to wierzę – Romek jest już razem ze swoim tatą „Bratkiem” i dziadkiem „Klamrą”, którego choć osobiście nie poznał, to całe życie naśladował.

    Czytając pańską biografię, pana teksty, rozmawiając z panem, odnoszę wrażenie, że wyssał pan antykomunizm z mlekiem matki…

    Jest taka, bardzo w moim pojęciu symboliczna, fotografia mojej rodziny z początku zeszłego stulecia, z czasów, kiedy istnienie Polski było nierealnym marzeniem – mały Biały Orzeł na koszuli pradziadka to nie przypadkowa ozdoba. Mamy w rodzinie i powstańca styczniowego, a przechowujemy nawet pamięć naszych odległych przodków, którzy przybywszy z Serbii w XVII wieku, na tyle dzielnie pod Janem III Sobieskim walczyli z Turkami w obronie nowej ojczyzny, że zyskali polski szlachecki herb. To dość rozległa perspektywa historyczna, w której wzrastałem. Ten patriotyzm, sposób traktowania polskiej wspólnoty (ale przecież i humor, i duch przygody), które tak uwydatnił w swoich powieściach Sienkiewicz, tworzyły atmosferę mojego rodzinnego domu.

  Urodził się pan dwa lata po zamordowaniu dziadka, Adama Lazarowi- cza „Klamry”, w mokotowskim więzieniu. Kim był dla pana? Odległą historią czy może kimś bliskim?

   Od moich najmłodszych lat najważniejszą osobą w rodzinie był dziadek Adam. Mimo że rozstrzelano go dwa lata przed moim urodzeniem, był obecny w naszych codziennych rozmowach i modlitwach, darzony olbrzymim uczuciem, jakby tylko chwilowo nas opuścił. Zresztą nawet drugie imię mam właśnie na jego pamiątkę, a on swoje otrzymał na cześć Mickiewicza – urodził się, gdy Polski na mapie nie było.

   Dziadek był obecny w rozmowach, przy stole, podczas rodzinnych uroczystości? Mówiło się o nim otwartym tekstem? To bynajmniej nie było normą po wojnie.

   Tak, dziadek był takim wzorcem, autorytetem, osobą stale obecną. O nim się mówiło, on nas prostował i wzmacniał. O tym, jak bardzo o nim pamiętaliśmy, niech świadczy ta anegdota. My, najmłodsi, od początku wiedzieliśmy, że czerwoni kłamią, ale właśnie z tego jako dzieci czerpaliśmy pewną nadzieję. Liczyliśmy, że tylko nas oszukali, a dziadka zamiast rozstrzelać, wywieźli, jak tysiące innych w tamtych latach, na Syberię. Opowiadaliśmy sobie, jak to pewnego dnia otwierają się drzwi, w drzwiach staje wychudły, wyniszczony, ale żywy nasz dziadek, a my rzucamy mu się w ramiona…

     Od lat rozmawiam z rodzinami Żołnierzy Wyklętych. I dostrzegam, że w wielu z nich pamięć o bliskich została ukryta lub nawet unieważniona. Tymczasem państwa rodzina jest tego zaprzeczeniem. Z czego to wynika?

   Po pierwsze, myśmy niewiele już mieli do stracenia, straciliśmy wszystko, łącznie z życiem najlepszego z nas. Po drugie, jakże mogliśmy zapomnieć, zdradzić dziadka, dzielnego i mądrego faceta, i przejść na stronę jego morderców? Honor i wierność były dla nas wartościami podstawowy- mi. Tego uczyli nas rodzice. Myśmy się nie wstydzili, nawet gdy obdarzano nas mianem bandytów, myśmy byli dumni. Duże znaczenie miało i to, że heroiczna przeszłość to domena nie wyłącznie dziadka, którego materialnie już nie było, ale i ojca, w którego życiu miałem szczęście uczestniczyć.

   Można powiedzieć, że dziadek zdeterminował pana życie?

   Moja życiowa droga została przez niego niejako wyznaczona, z góry zakreślona, a przez rodziców mądrze dopilnowana. Jako jego potomek, musiałem wnieść swoją cegiełkę w walkę o wolność, choć ciągle miałem – i zresztą mam – poczucie, że robię za mało lub zbyt kunktatorsko.

   A żona „Klamry”? Dla pana pewnie kochająca i czuła babcia Jadwiga, ale skądinąd żołnierz Armii Krajowej, tragicznie doświadczona żona Żołnierza Wyklętego. Jaki wpływ wywarła na pana?

   Babcia była łagodna, cicha i dobra. Nosiła w sobie tę wielką tragedię, ale jednocześnie tę miłość, którą darzyła Adasia, przenosiła na nas, siódemkę swoich wnuków. Coroczne wakacje z babcią w Koszarach zawsze były wspaniałe. Wobec babci nie wolno było być niegrzecznym – nikt nam tego nie mówił, jakoś wiedzieliśmy o tym. Nie podnosząc głosu, była w stanie zapanować nad rozbrykanymi, pełnymi fantazji wnukami.

    Naturalnym łącznikiem między pana pokoleniem a pokoleniem pana dziadka był wasz tato, Zbigniew Lazarowicz „Bratek”, który przy boku ojca przeszedł AK, partyzantkę, drugą konspirację, szykany UB, a potem SB.

    Strasznie mi go brak, zmarł dwa lata temu, a do dziś bywa, że mi się śni. Czasem chcę się z nim podzielić jakimiś myślami i dopiero moment później przypominam sobie, że go już nie ma. Był bardzo dzielny. Przez większość życia był cywilem, ale jednocześnie do końca pozostał żołnierzem Polski. Jego związek z dziadkiem był niezwykły, połączenie rzewnej miłości z poczuciem dumy i trafności wyborów życiowych.

    W okresie pana młodości nie mieliście łatwo. Biednie, głodno, pod ciągłą obserwacją służb. Był czas, że karmił was Park Szczytnicki. Jak zapamiętał pan ten okres?

    Przez długie lata nasza rodzina cierpiała straszną, trudną dziś do wy- obrażenia biedę. Ojciec najpierw nosił fałszywe nazwisko, potem, jako trwale podejrzany, długo nie mógł znaleźć pracy. Bezpieka nachodziła go jeszcze w początkach lat siedemdziesiątych. Po części żywił nas park Szczytnicki, gdzie były grzyby i świeża trawa dla królików. A króliki były do czasu, kiedy ktoś je ukradł i dla zatarcia śladów podpalił piw- nicę. Do dziś pamiętam obiady złożone wyłącznie z kwaśnego mleka i ziemniaków. Ale nadal je lubię. Na rodziców spadło jednak dodatkowe nieszczęście. W tamtym okresie, na początku lat pięćdziesiątych, szalały różne choroby dziecięce, z trudem zwalczane przez lekarzy. Za- chorowałem i ja, byłem bliski całkowitego paraliżu, a nawet śmierci. Na ratowanie mnie rodzice wydawali każdy z trudem zdobyty grosz. Starali się o najlepszych lekarzy. Mama zanosiła mnie do tramwaju, bo poruszałem się z trudnością, i jeździliśmy na różne zabiegi. Dzięki tej troskliwości rodzice wybronili mnie przed najgorszym – zacząłem mówić, w miarę sprawnie się poruszać i, wbrew opiniom lekarzy, nie zostałem idiotą.

   ?

   Dosłownie tak, bezceremonialnie przepowiadali znękanym rodzicom! Mimo tych okoliczności dzieciństwo miałem niezwykle szczęśliwe.

   W końcu nastał przełom lat osiemdziesiątych. Rwało pana do działania, do walki?

   W szkodzenie czerwonym weszliśmy z żoną już wcześniej. Najpierw był – klasyka! – kolportaż bibuły, potem zaproszenie tajnej drukarni do swojej kuchni (po ślubie mieliśmy osobne mieszkanie), aż w końcu zostałem autorem tekstów i redaktorem.

   A rodzice? Obawiali się, czy przyklasnęli pana działaniom? Tato Zbyszek doskonale wiedział, kim są komuniści.

   Ha, i przyklaskiwali, i się obawiali. Dlatego sporej części naszej aktywności nie znali. Oczywiście byliśmy dumni, że „coś” robimy, ale bezpieczniej było się tym nie chwalić nawet najbliższym.

  Kolejny rodzinny fenomen związany jest z pana żoną Heleną. Nie pochodziła bynajmniej z rodziny o tradycjach niepodległościowych, ale jej zasługi dla wrocławskiej opozycji są ogromne. Co was połączyło?

   Cóż, połączyła nas miłość. Muszę wspomnieć, że moja teściowa, Ślązaczka, mieszkając przed wojną w niemieckiej części Śląska, chodziła do polskiej szkoły przez granicę. Mimo nacisków i germańskiej presji rodzina zawsze trzymała się polskości. A co do naszej aktywności, to właściwie nie było takiej akcji, w której działalibyśmy osobno. Zawsze byliśmy razem. Gajusz i Gaja.

   Od 1980 roku przez dwa lata redagował pan, między innymi z Kornelem Morawieckim, „Biuletyn Dolnośląski”, najważniejsze na Dolnym Śląsku pismo opozycyjne. Zdawaliście sobie wówczas sprawę ze znaczenia „Biuletynu?

   Poniekąd tak. Chodziło nam o stworzenie czegoś więcej niż samego pisma, tworzyliśmy zręby środowiska niezależnego od komuny, wolnego.

   Pismo ukazywało się dość regularnie. To chyba nie było łatwe w tym czasie?

   Łatwe nie było, bo praca nad pismem i druk były tajne, ścigane przez władze, ale także kupienie czegokolwiek w komunistycznym państwie było bardzo trudne. Wszystko – papier, farbę, matryce – trzeba było zdobywać „sposobami”. Przy tym wszystkim Kornel zaraził nas, redakcję, ambicją „dobrej roboty”, czyli punktualnego wydawania każdego numeru. I długi czas się to udawało.

    A jak powstała wkładka o Katyniu? Mówienie na ten temat wymagało wówczas odwagi.

   To była bardzo interesująca praca. Osobiście odpowiadałem za relację ze sposobu ukazania sprawy Katynia w światowych encyklopediach. Ta wkładka była przełamaniem komunistycznego tabu. Niby wszyscy, poza głupcami, wiedzieli, ale nikt o tym nie mówił. Przemówienie w sprawie tej zbrodni pełnym głosem było kwestią honoru, ale też poszerzało zakres wolności Polaków.

    Jak współpracowało się panu z Kornelem, bo poznaliście się przy „Biuletynie”? Robota przy bibule to był dobry czas na poznanie?

    Bardzo wiele mu zawdzięczam. Był i jest niezwykle pracowity, gotów poświęcić dla sprawy wiele osobistych korzyści. A przy tym potrafi łączyć błyskotliwą inteligencję ze skromnością i z zainteresowaniem odmiennymi od swojej opiniami. Widywałem go wielokrotnie cierpliwie słuchającego wypowiedzi ludzi „nieciekawych”, alkoholika na ulicy, kucharki, chuligana, babci klozetowej, ulicznego handlarza. Ba, gdy raz kupowaliśmy benzynę od sowieckich żołnierzy, długo z nimi rozmawiał, mówiąc o Polsce.

    To wówczas rodziła się idea Solidarności Walczącej, której liderem został Kornel?

    Nasz „Biuletyn” siłą rzeczy stał się zarodkiem Solidarności Walczącej, ale wtedy oczywiście o tym nie wiedzieliśmy. W każdym razie wielką wartością było połączenie wielu ludzi różnych środowisk, stworzenie wielu funkcjonujących kanałów łączności, które były wielkim ułatwieniem przy budowaniu konspiracji pierwszych miesięcy stanu wojennego.

    Solidarność Walcząca nie chciała dogadywać się z komunistami. Przeciwnie, komunizm należało zwalczać. Z czego to wynikało?

    W tej niezłomności Solidarności Walczącej znowu wielka była rola Kornela. Wielu miało takie nastawienie, ale tylko Kornel miał odwagę otwarcie odmówić komunizmowi racji bytu. Wokół niego gromadzili się niezłomni. I „zarażali” innych.

   Solidarność Walcząca słynęła nie tylko z twardego kursu, zresztą na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych z tego powodu mieliście zniknąć z przestrzeni publicznej, ale także z głębokiej konspiracji wzorowanej na Armii Krajowej. Skąd takie wzorce?

   W Solidarności Walczącej było całkiem sporo akowców, między innymi mój ojciec. Myślę, że świadomie rezygnowali z odgrywania kierowniczych ról, ale wypełniali wiele ważnych zadań, w naturalny sposób odnajdując się w pod- ziemnym świecie. Nawet tacy, którzy nie angażowali się czynnie w podziemie, bez wahania nas wspierali, kiedy była potrzeba. Gdy był moment, że musiałem się zerwać spod inwigilacji, gościnę i opiekę znalazłem u dawnych łączniczek AK, które przeszły wcześniej stalinowskie więzienia i łagry, podkomendnych mojego dziadka. Nie było, przynajmniej nic o tym nie wiem, jakichś kursów konspirowania, ale pewne zachowania, wzorce, zasady bezpieczeństwa braliśmy od starszych kolegów. U nas, w Solidarności Walczącej, było inaczej niż w głównym nurcie warszawskiego podziemia. Oni udawali konspirację, a bezpieka, na ogół, udawała, że ich ściga. To była taka forma zabawy w bycie desydentami. My podchodziliśmy do tego zupełnie inaczej.

      Altankę wiceszefowi wrocławskiego SB spalił nie kto inny, tylko Żołnierz Wyklęty.

    No właśnie. Bez mazgajenia się i dzielenia włosa na czworo.

   Solidarność Walcząca to z jednej strony matematycy i fizycy, a z drugiej młodzież i hipisi. Jak udawało się pogodzić te środowiska i reprezentowane przez nie wartości i nadać im kierunek „Niepodległość”?

   To po części zasługa „Biuletynu”, w którym te „egzotyczne” sojusze zostały przetestowane i potwierdziły swoją skuteczność. Zagrała i specyfika Wrocławia, w którym tak wielki udział społeczny mieli ludzie doświadczeni bolszewizmem na Kresach. Wrocławskie wzorce „ekumeniczne” przejmowały później tworzące się w Polsce kolejne ośrodki Solidarności Walczącej.

   Wróćmy do lat osiemdziesiątych. Był pan pierwszym szefem Radia Solidarności Walczącej. Wasze relacje z 31 sierpnia 1982 roku, z największej w Polsce manifestacji w stanie wojennym, to był – mówię jako doświadczony radiowiec – majstersztyk. Jak zapamiętał pan tamten dzień?

   Oj, to rzecz na dłuższą opowieść, tu może tylko parę informacji. Udało nam się zebrać kilka par radiotelefonów, z których bliźniacze „połowy” dostali w przeddzień demonstracji nasi korespondenci. Ich odpowiedniki otrzymała centrala, w której był między innymi Kornel Morawiecki. Jesz- cze inna para radiotelefonów służyć miała do porozumiewania się centrali ze mną. A na łączniczkę między nami w razie czego została wyznaczona moja żona Helena. Z konspiracyjnego mieszkania nadałem najpierw przygotowaną wcześniej audycję dla milicjantów, tłumaczącą przyczyny wyjścia na ulice i wzywającą do nieużywania przemocy. Jakkolwiek nie wierzyliśmy w skuteczność tego apelu, zawsze warto psychicznie nieco zmiękczyć przeciwnika. Zgodnie z zapowiedzią zaraz po audycji nasi koledzy uruchomili na pasmach milicyjnych zagłuszarki w centrum miasta. Teraz zacząłem przygotowywać audycje mające iść na żywo. Z informacji uzyskiwanych przez radiotelefon tworzyłem zwięzłe komunikaty, które zaraz po sygnale wywoławczym odczytywała do mikrofonu nasza spikerka Krysia Wójcik-Jagoszewska. Nadawaliśmy te relacje nieregularnie, co kilkanaście minut, w miarę napływu informacji. Swojej misji nie dokończyliśmy, bo najprawdopodobniej zostaliśmy namierzeni. Nad naszymi głowami zaczął krążyć helikopter. Zdecydowałem o zaprzestaniu nadawania. Gdy opuszczaliśmy nasze prowizoryczne studio, helikopter odleciał.
Nie chciałem jednak ryzykować – możliwe było, że za chwilę wkroczą, i to zdecydowanie brutalnie, siły ZOMO czy bezpieki, którym ci ze śmigłowca zapewne przekazali namiary.

   We wspomnieniach przywołujecie wraz z żoną chwile, kiedy znak krzyża na czole kreśli wam pani Julia, wasza gospodyni… Czuliście, że idziecie na akcję jak powstańcy kilkanaście lat wcześniej?

    Prawie czterdzieści, ale tak. Tak to czuliśmy. Widziałem, że i pani Julia tak to traktowała.

   Ile osób musiało być zaangażowanych, aby radio mogło relacjonować wrocławską manifestację?

   Właściwie nie tak mało, bo, po pierwsze, byli ci, którzy w odpowiednim momencie uruchomili kilkanaście zagłuszarek, byli korespondenci z radiotelefonami, były osoby w „centrum”, nasza trójka w studiu. A jeśli jeszcze doliczyć techników i konstruktorów nadajnika, ochroniarzy, łączniczki, to się okaże, że była to całkiem spora grupa. I to wszystko w tak trudnych warunkach zadziałało!

   Jaki mieliście sprzęt?

   Jeśli chodzi o sprzęt studyjny, to, niestety, była to kompletna amatorszczyzna. Do tworzenia zwykłych cotygodniowych audycji miałem dwa magneto- fony szpulowe, ze dwa kasetowe, mikrofony, taśmy, „pipkacz”. Ten ostatni to takie urządzenie do emitowania króciutkich sygnałów dźwiękowych, przerywników między newsami. Nie było praktyczne żadnych ekranów akustycznych, nie dysponowałem też stołem mikserskim – marzyłem o jakimkolwiek, nawet starym. Ale do tych audycji na żywo miałem tylko jeden kaseciak, mikrofon i nadajnik – takie niezbyt wielkie pudełko, łatwe w ob- słudze. Antena nadawcza była rozpięta na firance (powodowało to oczy- wiście ograniczoną, ukierunkowaną propagację). Zabawne było to, że nasz mały nadajniczek zakłócał w najbliższej okolicy wszelkie „konkurencyjne” audycje radiowe. Czyli w czasie naszego nadawania nie dało się tam słuchać czegokolwiek poza Radiem Solidarność Walcząca!

   A jakie myśli przychodziły do głowy, kiedy szukał pana milicyjny helikopter? Czuł się pan jak bohater filmu sensacyjnego?

   Przez cały czas działalności w ciągu kilkunastu lat kierowałem się pewnym pragmatyzmem. Spodziewałem się, że kiedyś dojdzie do wpadki, była to akceptowalna cena, chciałem jednak do tego momentu zrobić jak najwięcej, możliwie wiele piachu sypnąć w czerwoną maszynerię. Stąd też ten latający helikopter wywołał niepokojącą myśl: „Już? Tak szybko?”. Ale mimo całej grozy przyszła mi wesoła myśl, że jednak powiodło się i mamy słuchaczy. [śmiech]

   W działalność Radia Solidarność Walcząca, podobnie jak w prasę, którą pan wydawał, czy – szerzej – w Solidarność Walczącą, zaangażowani byli pana bliscy.

    To wydawało nam się naturalne. Wybór strony konfliktu był dla nas oczywisty.

   A z czym kojarzy się panu „Z Dnia na Dzień”? Z zapachem farby drukarskiej, papierem, a może klaustrofobią zamkniętych pomieszczeń?

   Oj, to znowu dłuższa opowieść. Dopiero po latach uświadomiłem sobie, że nasze „Z Dnia na Dzień” było pierwszym w stanie wojennym periodykiem w kraju. Już w poniedziałek 14 grudnia 1981 roku kolportowano je we Wrocławiu jako kontynuację „dwudniówki” Zarządu Regionu Dol- ny Śląsk. Zachowaliśmy nawet ciągłość numeracji. Robiliśmy trzy numery „Z Dnia na Dzień” w tygodniu i nigdy nie było spóźnienia. To był ewenement, bo ukazujące się w kraju pisma podziemne miały cykl co najmniej tygodniowy. Za wszelką cenę chcieliśmy utrzymać wrażenie, że mimo wojennego uderzenia „Solidarność” jest w stanie nadal pracować – i to w sposób maksymalnie zbliżony do „normalności”. Od trzeciego numeru mieliśmy stały lokal w niewielkiej willi, mieścił się w piwnicy. Przyczyna była prozaiczna – tylko to pomieszczenie dało się jako tako ogrzać, a my byliśmy bez opału. Prowizoryczne łóżka były ze starych części szafy, na których leżały sienniki i rozmaite ciuchy w charakterze pościeli. Z czasem udało się załatwić opał i było komfortowo. [śmiech] Może zanim opowiem więcej, powiem, kto dokładnie stanowił redakcję. Poza mną były to maszynistki: moja Helenka, Joanna Moszczak, Krysia Wójcik-Jagoszewska i Anka Morawiecka, oraz drukarze: Wiesław Moszczak i Jarek Twardowski. Te osoby razem mieszkały i pracowały aż do maja 1982 roku. Bez wychodzenia z domu! Jedynie ja co jakiś czas jeździłem „naszą” taksówką na narady z Kornelem. Sprawami bezpieczeństwa i dostawami żywności zajmował się mieszkający w pobliżu Tadek Świerczewski, a niezbędne na- prawy sprzętu załatwiał odwiedzający nas co parę tygodni Staszek Mittek, człowiek niespożytego humoru. No i byli jeszcze łącznicy, przenoszący nie tylko konspiracyjną pocztę (od Kornela praktycznie codziennie), ale tak- że matryce czy papier. W pierwszych miesiącach byli to prawie wyłącznie młodzi mężczyźni.
   Naszą siedzibę poszerzyliśmy o jeszcze jedną willę. Do dyspozycji mieliśmy teraz dwa domy w bliskim sąsiedztwie – między nami były dwie inne posesje. Ukoronowaniem stabilizacji była założona przez nas prywatna linia telefoniczna między nimi – autentyczne wojskowe telefony na korbkę. Było to bardzo przydatne urządzenie (można było na przykład na odległość dyktować teksty, nie trudząc się wychodzeniem z domu podczas godziny milicyjnej). Niejednokrotnie wywoływaliśmy szok u odwiedzających nas osób, gdy widziały, jak – w dobie panowania „wszechobecnego” podsłuchu telefonicznego – w najlepsze podajemy przez telefon dane operacyjne. Nieodparcie przypomina mi się tu mój dziadek, który przez linię frontu kierował ogniem sowieckiej artylerii. Do łączności wykorzystano wtedy przecinającą front nieczynną linię energetyczną, do której podłączono telefony…
   Codzienna, choć w dużej mierze raczej conocna praca zaczynała się od tworzenia przeze mnie makiety kolejnego numeru na podstawie informacji dostarczanych przez łączników, korespondencji od Kornela i nasłuchu stacji radiowych. Potem maszynistki przepisywały to na matryce. Jedna matryca to strona gazetki. W szczytowym okresie wypuszczaliśmy ponad trzydzieści kompletów matryc oraz kilka kopii na kartonie. Z kopii korzy- stały przeważnie drukarnie pozawrocławskie, które same sobie przepisy- wały na matryce, dodając ewentualnie lokalne wiadomości. Każdy komplet trafiał do innej drukarni w mieście i regionie. Przeciętnie z jednego kompletu drukowano tysiąc egzemplarzy. Sami, jako tak zwana central- na drukarnia, robiliśmy więcej, bo mieliśmy do dyspozycji powielacz, ale nakład ściśle ograniczaliśmy, bo naszym celem nie była masowa produkcja – tę załatwiały drukarnie lokalne, a wpadka punktu z naszymi wydrukami mogła zagrozić całej strukturze. Taka wpadka zresztą nastąpiła, to ta, w której aresztowali mojego ojca, ale śluzy i dodatkowe zabezpieczenia zadziałały i groźniejszych konsekwencji nie było.
   Reżim naszej pracy musiał być ogromny: niezawodność, punktualność. Ze względu na bezpieczeństwo łącznicy byli umawiani nie na skrzynkach, a w „plenerze”, na hasło i czas, dosłownie co do minuty. W ciągu kilku miesięcy zdarzyło się zaledwie parę razy, że ktoś się nie zgłosił po matrycę. My nie nawaliliśmy nigdy.

   Dolny Śląsk w stanie wojennym, jak i potem, był najsilniejszym regionem jeśli chodzi o wydawnictwa, kolportaż i w ogóle o struktury podziemne. Jak pan myśli, dlaczego?

  Sądzę, że to wynik dobrego materiałowego i technicznego przygotowania do stanu wojennego, a to było z kolei skutkiem tej „paranoi”, którą niewiele wcześniej wyśmiewano u Kornela. To jego zapobiegliwość, ukrycie papieru, matryc, maszyn ułatwiło znalezienie się w tych nienormalnych warunkach. I to, że tworzyliśmy mimo wszystko zwarte środowisko „Biuletynu Dolnośląskiego”. Bo nie ulega wątpliwości: w ciągu pierwszych tygodni i miesięcy stanu wojennego Regionalny Komitet Strajkowy przede wszystkim medialnie tworzyło właśnie to środowisko. Na bazie wypracowanych przez nas metod i sposobów działania naszym następcom było o wiele łatwiej działać. Uruchomiona przez nas machina zachowała dyna- mikę i sprawność nawet wtedy, gdy my działaliśmy już osobno, współtworząc Solidarność Walczącą.

   Czasem zarzuca się wam, że w latach osiemdziesiątych robiliście harcerstwo. Ale podczas jednej z wrocławskich manifestacji padły strzały. Raniono około dziesięciu osób, spośród których Kazimierz Michalczyk zmarł. Tak wygląda harcerstwo?

   Taki zarzut ze strony tych, którzy ze strachu lub z lenistwa nie robili nic, nie wymaga komentarza. My robiliśmy właśnie to, co należało.

   Mówi się, że stan wojenny pochłonął ponad sto ofiar, z górnikami z „Wujka” na czele. Byliście gotowi na śmierć?

   Właśnie zbrodnia w kopalni „Wujek” była taką cezurą. Wtedy uświadomiłem sobie, że i ja mogę w tej wojnie zginąć. Akceptowałem tę cenę, choć oczywiście nie chciałem jej płacić. Stchórzenie wobec śmierci tych biednych ludzi, naszych towarzyszy walki o „Solidarność” i Polskę, byłoby haniebne.

   Myślał pan czasem o dziadku „Klamrze” podczas tych akcji?

   O tak. Ja zresztą do dziś o dziadku myślę i stale pamiętam, a co dopiero w tamtym, tak dramatycznym czasie. 

  W pewnym sensie w latach osiemdziesiątych nawiązywał pan do działań dziadka, zwłaszcza z okresu powojennego.

  Tak, bo celem działań dziadka była wolna, bezpieczna Polska. A wróg był ten sam, mimo upływu lat i zmiany dekoracji.

   Ciała „Klamry” nie odnaleziono do dziś. Do 2010 roku nie miał żadnego odznaczenia. Walka trwa dalej?

  Walka teraz odbywa się w sferze idei i słowa. Na szczęście dzisiaj jest łatwiej, wystarczy rozsądek, trochę wiedzy i przyzwoitości. A na godny pogrzeb dziadka oczywiście bardzo czekam. Mojemu ojcu się to nie udało, może mnie się uda.

Dziękuję za rozmowę.

Przewiń do góry