OPASKA SOLIDARNOŚCI WALCZĄCEJ

WSPOMNIENIE O EUGENIUSZU SZUMIEJCE

Andrzej Kisielewicz

Gienka poznałem w końcu kwietnia 1986 roku, tuż po katastrofie w Czernobylu. Staliśmy pod przychodnią zdrowia na Psim Polu jako rodzice czekający na płyn Lugola dla naszych dzieci. Znałem Gienka ze zdjęć.  Wiedziałem, że był członkiem TKK (Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej NSZZ „Solidarność”), który rok temu zdecydował się ujawnić. I że mieszkał trzy bramy od nas w tym samym bloku na ulicy Litewskiej. Zagadałem do niego o katastrofie, o postępowaniu władz (apele łotra Urbana, że nic dzieciom nie grozi), o polityce. Później nasze chłopaki bawiły się razem w piaskownicy: mój trzyletni syn Kornel i młodszy od niego Stasiu Szumiejko. Jeśli dobrze pamiętam to właśnie przez tego Stasia się ujawnił. Stasiowi potrzebny był tato w domu. 

Ale to wcale nie znaczy, że Gienek przerwał wtedy podziemną działalność  związkową. Wręcz przeciwnie. W latach 1987-1988, kiedy podziemna działalność związkowa coraz bardziej słabła, kiedy różni podziemni działacze wyjeżdżali na Zachód lub kończyli działania w podziemiu, Gienek przejął funkcję przewodniczącego dolnośląskiego RKS (Regionalnego Komitetu Strajkowego). Potrzebował nowych ludzi. Współpracowali z nim wtedy młodzi ludzie z konspiracyjnego NSZ (Niezależnego Zrzeszenia Studentów), a także nas z moją żoną Marysią wciągnął do współpracy. Naszą główną robotą konspiracyjną w tym czasie było redagowanie i przygotowywanie kolejnych numerów “Solidarności Walczącej”, ale jak tu nie pomóc sąsiadowi, i to takiemu? Pisaliśmy więc także jakieś teksty dla Gienka, w szczególności do Radia “Solidarność”. Nieznani studenci zabierali te teksty i przynosili w zamian kasety z nagraniami. (Po latach zaproszono nas na jakieś rocznicowe spotkanie Radia Solidarność, gdzie ku naszemu zaskoczeniu dostaliśmy plakietki z napisem “IV Redakcja”).

Czasami Gienek spotykał się u nas z różnymi ludźmi. Wszystko to było znakomitą przykrywką, bo był naszym sąsiadem i faktycznie po sąsiedzku przesiadywał u nas całymi nocami. Szybko ta znajomość przerodziła się w przyjaźń, a nocne dyskusje obejmowały różnorodne tematy, nie tylko sprawy polityczne i konspiracyjne. Jeden fiat stał pod bramą Gienka, drugi pod naszą bramą, i ubecy mieli kompletnie fałszywy obraz sytuacji. Nigdy jak się zdaje nie skojarzyli mnie i Marysi z “Solidarnością Walczącą”, a całonocne pobyty Gienka u nas musiały im nasunąć podejrzenie, że przecież nie knujemy cały czas, tylko pewnie zwyczajnie gadamy o wszystkim i o niczym. Nudne musiały być te ubeckie dyżury. Czasami coś tam próbowali podsłuchać, ale chyba niewiele usłyszeli.  

Raz nawet jedne wspiął się po ścianie na balkon. W środku nocy, Marysia zaskoczona zobaczyła faceta wiszącego na linie za oknem (drugie piętro!). Krzyknęła do niego: “Co Pan robi?!”. “Włażę na drzewo” — odparł i spuścił się na linie. Takie mieli ćwiczenia.

Zdarzyło się też, że Gienek poprosił mnie, żebym wziął udział w przewiezieniu członków TKK na tajne spotkanie. I jak tu odmówić sąsiadowi! Szczególnie takiemu. Podjechałem gdzieś swoim małym fiatem. Wsiedli Gienek, Bujak i Frasyniuk. Jechaliśmy kawałek. Kazali mi kluczyć. Po 20 minutach stanęliśmy pod jakąś bramą prowadzącą przez podwórko. I koledzy z TKK zniknęli. (Władkowi tego nigdy nie zapomnę. Ja dla niego ryzykowałem, bądź co bądź całym swoim ówczesnym majątkiem, a on później urządził sobie życie z tym postubeckim tałatajstwem!). Zresztą Gienek też szybko zobaczył, na jaką drogę wszedł później Frasyniuk. Na szczęście Gienek pozostał Gienkiem. Już przy Okrągłym Stole prawidłowo wyczuł, że śmierdzi tu “dogadywaniem się z komunistami” (jak to później otwarcie określił Czarzasty), a nie o żadne “Solidarność zwycięży!” malowane na murach. Tak jak Kornel, Gienek uważał, że jeszcze trochę trzeba było poczekać i komuna sama by padła. Jedynym warunkiem, który wtedy można było im zaoferować – to ochronę przed zemstą rodaków. A tak, Frasyniuk z kolesiami w pośpiechu odstąpili im pół majątku Polski.

Gienek urodził się we wsi Wierobiejki na Białorusi. Granica przekroczyła jego rodziców i jako urodzony w BSSR był obywatelem Związku Sowieckiego. Opowiadał nam, że głód był taki, iż na przedwiośniu czekali, aż stopnieje śnieg, żeby móc ogryzać zielone pędy. Dopiero w 1958 rodzina jego została repatriowana do Polski. 

Gienek sięgał gwiazd! Był astronomem. Przez jakiś czas pracował w Instytucie Astronomii UWr. Był też spadochroniarzem! członkiem kadry narodowej w spadochroniarstwie, instruktorem młodzieży w sportach lotniczych. O przygodach z tym związanych często nam opowiadał (gdy za oknem czuwali ubecy). Mówił nam, że oni, “szmaciarze”, bo tak spadochroniarzy nazywali żartobliwie piloci, czuli się w powietrzu znacznie pewniej  niż piloci. Raz, dwupłatowcowi, który wynosił ich do skoku, nagle zdechł silnik. Szmaciarze jeden po drugim opuszczali samolot z żartem: “Do zobaczenia na ziemi!”. Raz Gienek sam omal nie stracił życia, gdy spadochron otworzył mu się tuż nad ziemią, strasząc kury w kurniku i ich gospodarza. Opowiadał o tym, jak o śmiesznym wydarzeniu — jaką minę miał gospodarz!…

Gienku! Drogi Przyjacielu! Jest mi tak smutno, gdy piszę te słowa. 

Wrocław, 5 lipca 2020r.

Przewiń do góry