OPASKA SOLIDARNOŚCI WALCZĄCEJ

KORNELOWE POKOLENIE MŁODZIEŻY WALCZĄCEJ

Jacek z FMW

     Miałem to szczęście, że urodziłem się w Gdańsku, byłem członkiem Federacji Młodzieży Walczącej (FMW), współpracowałem z Solidarnością, Solidarnością Walczącą i kilkoma innymi organizacjami. Patriotyzmu uczyłem się od wielkich lub znanych obecnie ludzi, którzy wtedy nie byli wcale tak znani. Z domu wyniosłem niechęć do komunistów i dążenie do prawdy, a także zobowiązujące tradycje rodzinne sięgające wielu lat wstecz, legionów, AK i Powstania Warszawskiego. 

     Dzisiaj podzielę się swoimi wspomnieniami o jednej z tych osób, która tak się składa była znana i pozostała wielka przez cały czas swojego życia.

   Ze wszystkich ludzi których znałem, w pamięci mocno utkwił mi śp. Kornel Morawiecki. Człowiek bezprecedensowy, pryncypialny w swoich przekonaniach, który nigdy nie uległ komunie. Nie wszyscy się z nim zgadzali ale każdy go szanował – to nie mój cytat, ale jak najbardziej prawdziwy. W kilku kwestiach również i ja miałem inne zdanie niż Kornel. Poznałem go stosunkowo późno, bo w pierwszej połowie lat 90. Miałem ten zaszczyt, że po pierwsze go znałem, a po drugie dość szybko zaproponował mi abyśmy skrócili dystans przechodząc na TY. Być może dlatego, że poznał historię mojej rodziny, która w jakimś stopniu była podobna do jego oraz historię mojego życia obrazowaną różnymi opowieściami. Nie będę opisywał osoby Kornela bo wszyscy znają ją doskonale i zapewne lepiej ode mnie, jego historię również, opowiem krótko jakie relacje miałem z nim ja i jak go wspominam. Federacja Młodzieży Walczącej której wtedy byłem członkiem (obecnie to stowarzyszenie FMW) opierała swoją działalność również na etosie Solidarności Walczącej, to stąd czerpaliśmy wzorce, a na pewno robiłem to ja. Pamiętam, że będąc w początkowej fazie swojej działalności konspiracyjnej, na murach oprócz napisów FMW, znaku Polski Walczącej, czy Solidarności, malowałem również znak SW – Solidarności Walczącej. Oczywiści malowało się też Precz z Komuną, itp. Podczas wspólnych rozmów chwaliłem się Kornelowi, że to robiłem. Opowiadałem mu również o tym jakie w drugiej połowie lat ‘80 drukowałem wydawnictwa i jakie pisemka wydawałem (miałem w piwnicy, zakonspirowaną w ścianie, wypasioną bo elektryczną maszynę drukarską). On mi wtedy opowiadał o prawdziwej konspirze, tej z najtrudniejszych lat walki z komuną. O stosowanych wówczas nowinkach i problemach technicznych, permanentnej inwigilacji i walce z bezpieką. Był starszy, miał zatem tę przewagę, że mógł to wszystko robić wcześniej, w tych naprawdę trudnych czasach, kiedy za podobną działalność można było stracić życie, a potem tacy ludzie jak ja, opierając się na jego i innych historii, mogli iść tą samą drogą. Dlatego zapewne taki człowiek jak Kornel był dla mnie kiedyś idealnym wzorcem. Pamiętam, że nigdy nam (FMW) nie odmawiał, zawsze gdy tylko mógł to uczestniczył w naszych spotkaniach rocznicowych (większych i mniejszych), zlotach i zjazdach na terenie całej Polski. Każde jego przemówienie miało dla nas istotne znaczenie. Był wtedy w centrum uwagi, słuchaliśmy go wszyscy, może dlatego, że każdy darzył go olbrzymią atencją. To w końcu był Kornel. Jakoś tak wyszło, że się zaprzyjaźniliśmy, na tyle, na ile było to możliwe. Spotykał na swojej drodze wielu różnych ludzi, ze świecą szukać drugiego tak ciepłego i otwartego człowieka jak on, do jednych miał szczęście, do innych mniejsze jak sam mówił, mogę zaręczyć, że na mnie nigdy się nie zawiódł.

    Sam fakt, że mogłem się swobodnie spotykać z takim człowiekiem był dla mnie czymś najcenniejszym. Rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim, raz doradzał mi w zakresie mojej dysertacji (tematyka zgoła inna niż jego), następnie opowiadał jak bawił się z SB w chowanego, innym razem mówił abym mu pomógł rozwijać partię. Zawsze dawał mi swoją gazetkę. Dla mnie to było coś niesamowitego, ja młodszy sporo człowiek, wcale nie bohater, zwykły jakiś tam działacz, mogłem sobie swobodnie porozmawiać z kimś takim jak Kornel Morawiecki, człowiekiem legendą. Abstrakcja, której jednak nikt nie jest mi w stanie odebrać. I to jest właśnie moje szczęście.

    Pamiętam ostatnie lata jego życia, nie spotykaliśmy się często, kilka razy do roku, przeważnie były to  jakieś uroczystości, zapoznawał mnie wtedy ze swoimi kolegami z podziemia. Czasami zapraszał mnie też do siebie do Sejmu, siadaliśmy sobie wtedy w restauracji lub kawiarni sejmowej i rozmawialiśmy o sprawach ważnych, mniej ważnych i całkiem zwykłych z jego punktu widzenia. Dla mnie one wszystkie były ważne. Rozmawialiśmy też o niektórych ludziach wspomnianych przeze mnie na wstępie, w zakresie każdego z nich miał swoje zdanie, swoje relacje z nimi. Zdanie które przeważnie pokrywało się z moim. W niektórych przypadkach próbował mi wyjaśniać pewne kwestie, co do których mogłem nie mieć wiedzy. Nigdy jednak nie zmuszał mnie do przyjęcia swojego punktu widzenia, szanował moje zdanie. Niech te rozmowy pozostaną w sferze tych prywatnych, tak podpowiada szacunek do rozmówcy, zwłaszcza tego, który nie może już zabrać głosu, dlatego nie będę o nich pisał. Raz, chyba z okazji jego majowych urodzin, podarowałem mu elegancki długopis. Pamiętam, że otworzył pudełko w którym był, obejrzał i powiedział, fajny jest, smukły, ale ma chyba jakieś rysy na skuwce. Powiedziałem przyjrzyj się uważnie, to litery KM, a on na to, przecież to moje inicjały! Uśmiechnął się wtedy i ten uśmiech był dla mnie największym podziękowaniem. Później przyszły gorsze czasy, mówiłem mu, Kornel, mój przyjaciel uratował swojej żonie życie lecząc ją w renomowanej zagranicznej klinice, specjalizującej się w tego typu sprawach, jak chcesz to wszystko zorganizuję. Wiem od niego, że wiele osób chciało mu w tym pomóc z synem na czele. On jednak był uparty, mówił, że na każdego przyjdzie czas, a on jest Polakiem i będzie się leczył w Polsce. Cóż, nie sposób było odmówić mu logiki, mamy przecież świetnych lekarzy. 

     Do dzisiaj pozostały mi po nim wspólne zdjęcia i książki z dedykacjami. Czasami na nie patrzę i wspominam tego wielkiego człowieka, który ze sceny życia zszedł niepokonany, tak, Kornel nim z pewnością był. Wspomnienie o nim zawsze będzie mi bliskie, jest bezpośrednio związane z narodzinami mojej córeczki, która miała to szczęście, że przyszła na świat 3 maja… . Nie mogło mnie zabraknąć na jego pogrzebie, ja i duża grupa moich kolegów z FMW odprowadziliśmy go w jego ostatnią drogę. Odpoczywaj w spokoju Panie Marszałku.

Przewiń do góry