OPASKA SOLIDARNOŚCI WALCZĄCEJ

WROCŁAW - POCZĄTKI MOJEGO PODZIEMIA

Krzysztof Bieżuński

    Wreszcie wracam! Wreszcie u siebie! Zgłosiłem się do kadr, znajdującym się w biurach na pl. Solnym, w „Dyrekcji” jak to mówiliśmy, przedstawiłem wszystkie potrzebne papiery abym mógł wrócić. Poprosiłem o skierowanie do pracy, do zajezdni nr 7 przy ul. Grabiszyńskiej- tam gdzie byłem zatrudniony wcześniej. Przychylono się do mojej prośby. Być może tuż przed tym, a być może już na miejscu, w zajezdni, spotkałem kolegę z ulicy, na której mieszkam- Andrzeja Wawrzenia. Ucieszyliśmy się obaj. Znaliśmy się od dziecka. Chodziliśmy do tej samej „budy”- Szkoły Podstawowej nr 19 imieniem Bolesława Chrobrego, popularnie zwanej „dziewiętnastką”, przy ul. Koszykarskiej. On, co prawda jest starszy ode mnie i uczył się w klasie wyższej niż ja, ale i tak po szkole były wspólne zabawy, kopanie piłki, palenie ognisk i pieczenie kartofli w popiele, i wędkowanie… a potem, w miarę dorastania, dyskoteki. W Pilczycach biegało sporo dzieciaków- powojenny wyż demograficzny. Nie nudziliśmy się, było nas tylu, że zawsze ktoś wymyślił jakieś ciekawe zajęcie, niekoniecznie podobające się naszym rodzicom. A to zabawa w berka połączona ze wspinaczką po drzewach, a to kąpiel w stawie bez dozoru… i takie tam „atrakcje” przyprawiające „starych” o ból głowy. Ale to inna historia. Andrzej postarał się żebyśmy pracowali w jednej brygadzie. Naszym zmianowym (brygadzistą) był Jerzy Wolny, partyjny, ale nieszkodzący nikomu. Pilnował tylko pracy.

    Dość szybko, być może u Andrzeja w domu, rozmowy zeszły na temat „podziemia”·. Opowiedziałem o swoich doświadczeniach z drukiem z sierpniowego strajku. Mówiłem, że jakby była okazja, to chętnie robiłbym to teraz. Zgodziliśmy się, iż nie można stać z boku wobec tego, co się dzieje w kraju. Andrzej miał podobne do moich poglądy. W pewnej chwili powiedział, że jeśli naprawdę chcę to robić to skontaktuje mnie z odpowiednimi osobami. Słowa dotrzymał.

    I tutaj miałem pewną trudność… Osoba, o której będę pisać, nie chciała ujawniać tożsamości… Uważała, że nie robiła nic, ponad to, co powinna. I nie dba o „medale”. Praktycznie byłoby w tym momencie po wspomnieniach… Poszliśmy z nią jednak na kompromis. Nazwałem ją „Filipa”, w pierwszych, brudnopisowych, wersjach wspomnień. Przez jakiś czas używała pseudonimu „Filip”. Jednak, po pewnym czasie, zgodziła się, aby wymienić ją tu z imienia i nazwiska. Tym bardziej, że już występuje w wielu opracowaniach, dotyczących wrocławskiego i nie tylko, podziemia. Któregoś dnia, na początku listopada 82 roku, Andrzej powiedział, że zabiera mnie w jedno miejsce, po pracy, ktoś chce mnie poznać. O ile oczywiście nadal jestem zdecydowany pracować przy druku. Zapewniłem go, iż nie mam, co do tego najmniejszych wątpliwości, nie mogę się wręcz doczekać, kiedy zacznę. Dość miałem już bezczynności. Dojechaliśmy tramwajem, mniej więcej na wysokość Legnickiej i Młodych Techników, na Szczepinie. Przeszliśmy, przez zadrzewiony skwerek, pod wysoki, dziesięciopiętrowy blok, właściwie dwa, połączone ze sobą. Windą wjechaliśmy na górne piętro. Po dzwonku czekaliśmy dłuższą chwilę. Ktoś obserwował nas przez „judasza”. Drzwi otworzyła kobieta. Poznając Andrzeja zaprosiła nas do środka. Piszę- poznając… Przypuszczam, że gdyby wcześniej się nie upewniła, to w ogóle by nie otwarła drzwi. Tak poznałem Barbarę Sarapuk.

    Weszliśmy. Nieduże, dwupokojowe mieszkanie, na wprost wejścia niewielki przedpokój i kuchnia. Na prawo pokój większy, a na lewo łazienka i pokój przylegający do kuchni. Po krótkiej prezentacji przeszliśmy do dużego pokoju. Tak rozpoczęła się moja praca w „piwnicy”, jak czasem nazywaliśmy podziemie- konspirację. Ustawiliśmy sprzęt i przebraliśmy się. To była naprawdę „brudna robota”- dosłownie. Do blejtramu, obciągniętego płótnem, Andrzej pinezkami podpiął matrycę białkową z naniesionym tekstem. Okleił brzegi szarą, papierową taśmą stosowaną w tych latach do sklejania kartonów. Zapobiegała ona, przy druku, przeciekaniu farby na papier. Jak to było mocowane do stołu to nie pamiętam. Musiał być jakiś rodzaj zawiasów. Błąka mi się po głowie, że były to paski skórzane, przypięte do stołu i ramki pinezkami. Całe stosy tych prostych skądinąd, ale jakże przydatnych, spinaczy zużywaliśmy. Obok, najczęściej na stołku, kładliśmy kawałek szyby, mogło to być lustro. Na czymś trzeba było rozprowadzić farbę, rozrzedzić ją naftą, terpentyną albo innym rozcieńczalnikiem. Stamtąd nabierało się ją na wałek. Tego nauczyłem się w czasie strajku sierpniowego. Nowością było, co innego. Filipa wyjęła z szafy stosy kartek. Już zadrukowanych. Wśród nich znajdowały się gazety, wszystko to formatu, mniej więcej, A-4. Potrzebne były do przekładania nowo zadrukowanego papieru. Tak też się nazywały- przekładki. Przyspieszały schnięcie farby- jak bibuła schnięcie atramentu. Wchłaniały jej nadmiar. Tak, a ‘propos, to wszystkie wydawnictwa wytwarzane bez zezwolenia władzy komunistycznej, tak zwane bezdebitowe, nazywano „bibułą”. Pracowaliśmy we trójkę. Papier wcześniej trzeba było „wytrzepać” z paprochów. Mogły zaklejać matrycę i nie przepuszczać farby. A i tak, co jakiś czas też ją trzeba było czyścic. Ktoś rozprowadzał farbę wałkiem po ramce, drugi odbierał zadrukowany papier spod niej i odkładał na bok, na kilka kupek. Trzecia osoba przykrywała go przekładkami. Zmienialiśmy się przy tych czynnościach. Szybko też zgraliśmy się, jako zespół. Pierwszą gazetką, przy której produkcji uczestniczyłem, były „Wiadomości bieżące- pismo szeregowych członków Solidarności”. Składało się z czterech stron, czyli dwóch kartek A-4. Nakład wynosił ok. 2 tysięcy, albo nieco mniej, sztuk. Po wydrukowaniu pierwszej strony wszystkie stosiki odkładaliśmy na bok- to na regał, to na parapet, jednak blisko siebie. Trzeba było zedrzeć zużytą matrycę z ramki przemyć płótno rozpuszczalnikiem i nałożyć nową. Po czym robiliśmy następną, trzecią z kolei, stronę na nowym papierze. W taki sam sposób jak pierwszą. Kiedy i to wykonaliśmy to rozdzielaliśmy te bardziej wyschnięte kupki z poprzedniego etapu. Wyjmowaliśmy przekładki i układaliśmy papier w równe stosy. Na ramkę podpinaliśmy matrycę z drugą stroną. I znów drukowanie. Po czym, powtarzając tamte czynności, wykonywaliśmy czwartą stronę. Po wszystkim jeszcze raz oddzielaliśmy zadrukowany papier od przekładek. Ostatnim etapem było łączenie gazetki w całość. Jedna osoba, w tym czasie myła rozcieńczalnikiem sprzęt- czyli wałek, ramkę i szybę. Pozostali zajmowali się wydawnictwem. Przekładki szły na bok, gazetkę składaliśmy razem, pierwszą i drugą kartkę. Następnie spinaliśmy je za pomocą zszywacza biurowego. I tu szybko nabierało się wprawy. Najlepsze, do tego celu, okazały się zszywki produkcji chińskiej. Polskie często gięły się nim przebiły papier lub blokowały zszywacz. Używaliśmy ich w ostateczności. Na koniec pakowaliśmy „gotowce” w paczki według zamówień punktów kolportażowych. Czasem zostawało pierwszej lub drugiej kartki, kilka sztuk. Dobieraliśmy wtedy z tak zwanych gniotów te najbardziej czytelne do brakującej ilości. Wracając do domu rozrzucaliśmy naszą bibułę po bramach, najczęściej w Pilczycach albo rozdawaliśmy zaufanym w zakładzie pracy. Z czasem zrobił się z tego regularny kolportaż.

     Być może podczas pierwszego drukowania, a być może w czasie następnych Andrzej opowiadał o początkach współpracy z Barbarą. Uczył się wszystkiego od podstaw. Pracował wałkiem a ona odbierała papier. W pewnym momencie Barbara mówi „Masz syfa”… Chłopakowi nieco się rozszerzyły oczy ze zdziwienia. Zrobił pospieszny rachunek sumienia, nie przerywając druku. Ma żonę, malutką córkę, nie ma „wyskoków w bok”, a więc to niemożliwe. Spytał jeszcze dla pewności „A to widać?” „Tak, na wałku” odpowiedziała Barbara. Teraz to oczy miał wielkie jak pięć złotych. Przerwał drukowanie, zamierając z uniesioną ręką, trzymającą ów przedmiot. Nie do końca kojarząc, że to on jest tematem rozmowy. Kobieta widząc jego konsternację wreszcie wytłumaczyła, o co chodzi. Do drukarskiego wałka przykleiła się drobinka zaschniętej farby. I w tym miejscu zostawał biały plac na papierze, litery się nie odbijały.

    Po grudniowej zawierusze z 81 roku Barbara szukała kontaktu z ludźmi z MPK. Bodajże poprzez Zygmunta Lewandowskiego, kierowcę z Grabiszyńskiej, takie znajomości nawiązała. Współpracowali z nią przy druku i kolportażu: Czesiek Zalewski, kierowca z 7-demki, Tadek Sadowski, elektryk fachowiec od akumulatorów, Andrzej Wawrzeń i, jak dojechałem do Wrocławia, ja. Wszyscy wymienieni byliśmy z zajezdni, z Grabiszyńskiej. Czesiek chłopak średniego wzrostu, wtedy chyba przed trzydziestką, blondyn, posiadał sumiaste wąsy i wesołe usposobienie, wprost kawalarz.

    Któregoś letniego dnia Czesiek drukował u Barbary. Było słonecznie, wręcz gorąco. Chłopak ubrał się odpowiednio do pogody: spodnie, sandały i t-shert. Robota trwała dłużej niż przewidywali. Nastała godzina milicyjna, więc Czesiek przenocował w drukarni. Na rano miał być w pracy. Ubrał się w to, co miał i poszedł na przystanek autobusowy. Wychodząc z bramy stwierdził, iż pogoda zmieniła się, padał deszcz a temperatura znacznie spadła. Nie miał wyjścia, czekał na autobus w tym, co miał. Z zimna zaczął się trząść. W tym samym czasie w owym miejscu znalazł się Zygmunt Lewandowski. Zauważył kolegę. Spostrzegł również, że chłopak się trzęsie. Rozejrzał się uważnie po terenie szukając podejrzanych osób. Sprawdzał czy ktoś zbyt uporczywie nie wpatrywał się w Cześka. Podszedł konspiracyjnie, pozornie nie zwracając na niego uwagi. Stanął obok. Nie odwracając się spytał- ”Stało się coś?” Zapytany i przemoczony odpowiedział- „Nie”. „To, czemu się tak trzęsiesz? Boisz się czy co?”- nie ustępował Zygmunt. „Bo zimno mi kołku jeden!”- wybuchł zmarznięty Czesiek.

    Tadek to szatyn, spokojny i raczej małomówny, świetny fachowiec, akumulatory nie miały dla niego żadnych tajemnic, a i drukarzem był doskonałym. Z Tadkiem związane jest kilka zabawnych sytuacji i historii. Jedna z nich to taka. Drukowali u Barbary. Tadek i dziewczyna o imieniu Irena. Drobna brunetka, nazwiska niestety nie znam. Baśka musiała gdzieś wyjść i wróciła jak już zszywali bibułę. Irena opowiedziała jej rozmowę z Tadkiem, jaka miała miejsce podczas składania gazetki. Rozkładali kartki z przekładek. W pewnym momencie Irena mówi do Tadka- „Dam ci trochę. Chcesz?” Tadek na to- „Nie mam ochoty”… Dziewczyna jednak nalegała- „Ale ja mam, to ci dam. Co ty na to?” „Nie chcę Irenka, daj mi spokój”- odpowiedział Tadek. „Co z ciebie za facet? Chcę ci dać a ty nic?!”- drążyła temat dziewczyna… Tadek zniecierpliwiony- „Bo jestem zmęczony i nie chcę!”… Rozmowa dotyczyła oczywiście przebierania bibuły z przekładek. Chłopak skończył wcześniej swoją część a Irenie zostało sporo.

     Listopad i początek grudnia był pracowity. „Wiadomości Bieżące” robiliśmy na przemian z „Solidarnością Walczącą”. Być może też przez drukarnię przewinęło się „Z dnia na dzień”- pismo RKS-u. Ale stuprocentowej pewności teraz nie mam. Drukowaliśmy dwa do trzech razy w tygodniu. Andrzej i ja zawsze w parze, trzecia osoba zmieniała się. Czasem to był Tadek, o którym wspomniałem, czasem, kto inny. Najczęściej Ula Turowicz (to jej panieńskie nazwisko, mniej więcej po roku wyszła za mąż), drobna dziewczyna, nieduża, o długich ciemnych włosach. Nosiła okulary, które dodawały jej uroku. Raczej małomówna, ale o wesołym usposobieniu. Wprowadził ją bodajże Waldek Bobnis- „Aniołek1”- kolporter. Wiem, że był też jeszcze „Aniołek 2”, również kolporter, zmiennik Waldka. Rodzina Waldka pochodziła ze wschodu, z Wileńszczyzny. Tak jak mojej matki. Kiedyś, w rozmowie z Waldkiem, wspomniałem o Sołach. Chłopak powiedział, że zna trochę te tereny, bo i jego rodowód jest stamtąd. Odbierał czasem swoją cześć nakładu. Oszczędzaliśmy Ulę, ze względu na drobną budowę ciała. Staraliśmy się żeby tylko odbierała papier. Wałek drukarski miał sporą wagę i praca nim męczyła. Buntowała się jednak, więc czasem pozwalaliśmy jej tymże narzędziem popracować.

    Wtedy chyba poznałem Andrzeja Bafalukosza, drukarza tak jak my. Chłopak jest na pół Grekiem. Jego ojciec przybył do Polski, z falą emigracji komunistów po wojnie domowej w Grecji. Andrzej mówił (tak to pamiętam), że jego rodzic komunistą nie był tylko działaczem związkowym. W Polsce ożenił się z Polką. Po latach, tego roku, 2016, wyjaśnił mi, że jego ojciec, nie brał bezpośredniego udziału, w greckiej wojnie domowej. W tym czasie przebywał na terytorium USA. Stamtąd organizował pomoc, dla komunistycznej partyzantki, w Grecji. Owa działalność groziła mu ekstradycją do Hellady. Mogło się to, dla niego, skończyć karą śmierci. Dostał azyl polityczny w PRL-u i przypłynął tu statkiem pasażerskim „Batory”. Tutaj poznał matkę Andrzeja i jego brata Janka.59 Drukowali również Jadźka- „Kliwia” i Albert Łyjak.

    Wspomniałem tu o piśmie „Solidarność Walcząca”. Na początku stanu wojennego poligrafią w RKS-ie zajmowali się ludzie związani z „Biuletynem Dolnośląskim”. Najważniejszym z nich był Kornel Morawiecki. Władysław Frasyniuk uniknął internowania i ukrywając się stanął na czele RKS-u. Było to naturalne, przecież był przewodniczącym Regionu dolnośląskiego NSZZ ”Solidarność”. W miarę rozwoju wypadków w Polsce narastały rozdźwięki między ludźmi skupionymi wokół Kornela a Władkiem i RKS-em. Rozbieżności dotyczyły już oceny sytuacji i taktyki działania. W wyniku powyższych pod koniec maja, czy na początku czerwca 1982 roku, Kornel Morawiecki i inni myślący podobnie jak on, zawiązali Porozumienie „Solidarność Walcząca”. Na pierwszej stronie nowego podziemnego pisma „Porozumienia Solidarność Walcząca” z dnia 13.07 198260 można było przeczytać:

„Dlaczego walka?:” „-Aby zwyciężyć.

-Aby obronić najsłabszych i tych, którzy cierpią głód, nędzę i więzienie. -Aby przywrócić zdeptane prawa Obywateli i Narodu.

-Aby nie dać się zniewolić.

-Aby być wiernym Tradycji Ojców i Dziadów „Za Waszą i Naszą wolność’ -Aby pokazać Światu, iż złu i przemocy można i trzeba się przeciwstawić. -Aby nie zatracić się w biernym oporze, lecz wspomagać go czynem.

-Aby doprowadzić do sprawiedliwej, społecznej ugody.

-Aby dać świadectwo naszej godności.

-Aby żyć.”

Wkrótce Porozumienie przekształciło się w Organizację polityczną o tej samej nazwie.

    Członkowie składali przysięgę. Do organizacji nie przyjmowano wszystkich chętnych. Zwykle proponowano to wybranym osobom. Jednak musiały kandydatów wprowadzić dwie osoby już zaprzysiężone. Poza tym niektórzy, wysoko osadzeni w strukturze, działacze SW, nie byli nawet zaprzysiężonymi członkami. Jej głównym pismem był periodyk „Solidarność Walcząca”, a organizacja działała najpierw we Wrocławiu. Część ludzi związana z SW pracowała także w RKS-ie i odwrotnie. Chodziło o druk i kolportaż. W końcu była to wspólna sprawa, walka z reżymem. SW postawiła sobie ambitne cele. Wydarzenia ostatnich miesięcy w kraju pokazały, że z „czerwonymi” nie ma o czym gadać, bo żadnych umów, po prostu, nie dotrzymują. Trzeba zrobić, co się da, aby ich pozbawić władzy. W tym kontekście SW nie odżegnywała się od użycia siły, w sprzyjających warunkach, czy może bardziej w samoobronie. A celem najważniejszym było odzyskanie pełnej suwerenności Polski, a co z tym się łączy, wyjście spod zależności od ZSRS. Nie dość tego. SW widziała potrzebę podjęcia takich działań, które spowodują rozpad imperium komunistycznego w imię solidarności z podbitymi narodami.

Przewiń do góry