OPASKA SOLIDARNOŚCI WALCZĄCEJ

TERRORYŚCI I OSZOŁOMY

Jerzy Pietraszko

    Drogi Czytelniku,
  Masz obecnie przed sobą dziwną książkę. Jest w nim niby o latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, o walce Polaków z komuną, ich sukcesach, rozterkach i porażkach. Jest konspiracja, są drukarnie i niezależne radiostacje. A nie widać Kuronia, Michnika, Geremka. Brak ukrytego z obawy przed (namierzeniem przez SB) w jakiejś piwnicy Balcerowicza, potajemnie przygotowującego podwaliny kapitalistycznej gospodarki przyszłej, wolnej Polski. Nie ma nawet o podziemnych przygotowaniach Kwaśniewskiego do wprowadzenia kraju do Europy.
Opozycjoniści siedzą w drukarniach i wożą bibułę, zamiast spoczywać w kawiarnianych fotelach. Nie uważają generała Kiszczaka za człowieka honoru, nawet za partnera godnego rozmów. Sami, nie czekając na Labudę, tworzą pierwsze w Polsce stanu wojennego niezależne pismo. Organizują się, nie czekając na rozkazy Wałęsy, Bujaka, Frasyniuka. 

  Jak to? Dlaczego? Przyczyna jest bardzo prozaiczna. Ta książka zawiera same fakty. Nie wykluczam, że w którymś miejscu przestawiona jest jakaś data. Na pewno wiele istotnych osób i faktów jest pominiętych. Nie ma za to żadnej fikcji literackiej, ani jednego zmyślonego zdarzenia. Działania, kłopoty, dylematy, nastroje − tak to wtedy na prawdę wyglądało.
Przez lata karmiony byłeś historią, układaną na bieżąco na potrzeby konkretnych ludzi. Fakty mówiły inaczej − tym gorzej dla faktów. Stare powiedzenie mówi, że nie dzieje, a historycy tworzą historię. Jako matematyk nie jestem zawodowo uprawniony ani przygotowany do współuczestniczenia w tym dziele. Choćby z racji zawodu świat widzę zero-jedynkowo. Coś jest prawdą albo fałszem.

  „Znani opozycjoniści”. To nie dawni działacze partyjni fałszowali naszą historię. A przynajmniej rzadko w tym uczestniczyli. Podcięliby gałąź, na której siedzą. Ich żelazny elektorat by im tego nie wybaczył. To wy powinniście pamiętać treść wiersza ze stojącego przed Stocznią Gdańską pomnika: …Nie bądź bezpieczny, poeta pamięta. Możesz go zabić − narodzi się nowy… Dla was jednak stocznia-symbol to obecnie co najwyżej kilka miejsc w radzie nadzorczej.

  Czy na prawdę nic nie wiedzieliście o prawdziwej walce? Kto drukował we Wrocławiu sygnowaną przez was prasę, gdy wszystkie drukarnie wam tam wpadły? Kto przejął w 1987 wasze struktury w Poznaniu, gdy sami powiedzieliście tam: dość? Kto miał go dróg tylny plan uwolnienia jednego z waszych przywódców? Kogo narżnęliście na koszty drukowania „Tygodnika Mazowsze” (którego kontynuacją mieni się wasz główny organ) dla Krakowa? Jedna odpowiedź będzie świadczyć źle, druga jeszcze gorzej. 

  Woleliście to wymazać z pamięci. Nie tylko swojej, wszystkich Polaków. Współuczestniczyliście w skazaniu na banicję naszych przywódców. Ścigaliście nas, gdy już dorwaliście się do wymarzonych stołków. Dopóki SB nie okazała się od was uczciwsza. Przy okrągłym stole przyjęli się od upadających komuchów prezent. Potężny środek masowego przekazu. Odtąd ścigaliście nas jako grupę terrorystów, opisywaliście narodowi jako oszołomów. Kto to robił? Samozwańcza grupa z przewagą byłych (?) marksistów, w której „główny intelektualista” legitymuje się wykształceniem średnim. Przeciw komu? Członkom organizacji naprawdę łączącej o wolność kraju, ludziom o wielkich walorach etycznych, rzeczywistej elicie intelektualnej. Średnia wykształcenia w Radzie SW była powyżej wyższego. Wśród prowadzących oddziały − np. wielkie nazwiska fizyki światowej. 

  Ale byliście przygotowani. Gdyby drukowaliśmy i kolportowaliśmy Zdobycie władzy Miłosza − wyście je dokładnie studiowali. Zapewne nieraz ze swymi przyjaciółmi po akademii przy KC PZPR. Kiedy współpracowaliście ze swymi pozornym wrogami (już niedługo ostentacyjnie ukazywaliście ich jako przyjaciół), tego nie wiem. Wiem jedno. Nie będzie przebaczenia. Boście tego nie godni! 

  Do przeczytania tej książki warto się przygotować. Przeczytać wspomnianą już książkę Miłosza, Folwark zwierzęcy Orwella. 

  Wtedy wszystko samo zacznie się układać w logiczną całość. Rozdźwięk z prezentowaną w mediach, z „Gazetą Wyborczą” na czele, poprawną politycznie historią nie będzie już tak ostro odczuwalny, nie powiedzie w kierunku schizofrenii. Stanie się wręcz naturalny. 

  Paweł Piotrkowski swoje opracowanie Solidarność Walcząca świetle materiałów Służby Bezpieczeństwa kończy słowami: zapomnienie, w jakim SW znalazła się w dekadzie lat dziewięćdziesiątych, w kontekście jej wkładu w upadek reżimu komunistycznego, nie jest zrozumiałe. Niestety, jest. Czas najwyższy przerwać ten fałsz i przemilczenia. Jeden z piękniejszy fragmentów historii Polski trzeba ocalić od zapomnienia. To, co robiliśmy, było ważne. Z tego, jak to robiliśmy, jesteśmy dumni. To nam wystarcza, nie chcieliśmy i nie chcemy żadnych profitów. Ale prawdy się domagamy! 

  Nie można tej książki traktować jako podręcznika. Choć ma na pewno wiele z nim wspólnego. Pomiędzy różnymi opisami zdarzeń, często nie do końca poważnych, przemycony jest spory kawał naszej prawdziwej historii. Przy kompletnym braku danych o nas w poprawnych politycznie książkach do historii i rolę edukacyjną może jakoś spełniać. Na pewno jednak nie ma tu mowy o opracowaniu całościowym. Brak wielu ważnych osób, faktów. Zdecydowanie za mało jest o roli wielu czołowych postaci (Łukowskiej-Karniej, Myśleckiego, Świerczewskiego…) Na pewno dużo więcej powinno być o wielu pozawrocławskich strukturach. Choćby o Górnym Śląsku, Szczecinie… O ważnych ośrodkach w Wałbrzychu Legnicy zalewie wspominam. 

  Przepraszam bardzo wszystkich pominiętych. Niestety, musiało do tego dojść. Dlaczego? Teraz wyjaśnię. 

  W marcu 2007 roku podjąłem się przygotowania „Kalendarium SW”, w szczególności na potrzeby zbliżających się obchodów naszego 25-lecia. Dostałem trochę materiałów, które miały mi w tym pomóc. Po ich przestudiowaniu zrozumiałem, jak niska jest obecnie ona zwiedza. W połowie kwietnia rozmawiałem o tym z „legendą wrocławskiej SW” Romualdem Lazarowiczem. Efekt był prosty, w naszym starym stylu. Na napisanie książki dostałem miesiąc. Pomimo przyciągnięcia o ponad 2 tygodnie nie dałem rady więcej zebrać, zweryfikować, opracowań spisać. 

  O zamierzeniu natychmiast powiadomieni zostali nasi działacze. Zostałem zasypany mailami z kraju i zagranicy (USA Meksyk RPA). Dostałem różne istotne informacje i wyjaśnienia od Jadwigi Chmielowskiej, Wojciecha Bartoszka, Jana Hanasza, Jarosława Hyka, Łukasza Kamińskiego, Andrzeja Myca, Zbigniewa Oziewicza, Mieczysława Kozy, Jana Krusińskiego, Andrzeja Patyry, Konrada Turzyńskiego.

  Maciej Frankiewicz, Szymon Jabłoński i Szymon Łukasiewicz przysłali mi opracowanie do bezpośredniego wykorzystania, Jarosław Wąsowicz SDB nieznaną mi wcześniej jego książkę. 

  Jacek Guzowski, Ryszard Serwa i Janusz Szkutnik przysłali mi obszerne materiały, które pozostawiało jedynie zredagować. Wiele dowiedziałem się z długich rozmów z Wiesławem Cupałą, Piotrem Hlebowiczem czym Marianem Makarskim, Stanisławem Mittkiem, Maciejem Ruszczyńskim, Janem Waszkiewiczem. Udało mi się trochę wyciągnąć od strasznie zabieganego w tym czasie Kornela Morawieckiego. Istotne wiadomości przekazali mi w krótkich rozmowach: Zofia Maciejewska Sławomir Borysionek, Leszek Grudziński Ryszard Olesiewicz, Bogdan Kowalik i Grzegorz Mielczarek. Ta lista jest nadal niepełna − niemal wszyscy, do których się zwróciłem, starali się mi pomóc. 

  Nie jestem z obecnego, „szybkopalcego” pokolenia. W przepisywaniu pomagała mi więc Iwona Kondratowicz (też z SW), trochę również mój syn Andrzej. 

Wszystkim im w tym miejscu składam wielkie podziękowania przede wszystkim jednak dziękuję dwóm osobom, których wpływ na kształt książki jest ogromny. Gdy Marek Czachor dowiedział się o moich planach (jeszcze tych z kalendarium), zaczął nadsyłać swoje materiały. Były one dla mnie tak wspaniałe i zaskakujące, że postanowiłem całkiem zmienić rozkład książki. Nie miałem wątpliwości, że to, co od niego dostałam, zasługuje na szczególne wyeksponowanie. Stąd wziął się osobny rozdział: „Trójmiasto”, a we wcześniejszym tekście praktycznie ten okręg pomijam. Część to jest do tego stopnia oparta na tekstach Marka, że uważam go za jej głównego autora. 

  Wszystko wystartowało od Romka Lazarowicza, do niego potem też wracało. On poprawiał, redagował, ilustrował. Od wszystko pozałatwiał. A w międzyczasie wniósł najwięcej konkretnych danych. Bez niego − książki by nie było. Bez jego poprzednika − straciłaby wyjątkowo ciekawą część. 

  Wydarzenia relacjonuję z pozycji, jakbym był jedną z głównych postaci SW. I jest tym przekłamanie, i go nie ma. U nas takie antynomie były zresztą codziennością. Między innymi dlatego esbecy mieli z nami tyle problemów. 

  Jest − gdyż do ważniejszych nie należałem. Moją rolę mogę krótko określić − przez większą część tego okresu byłem przede wszystkim dość ścisłym współpracownikiem kolejnej naszej „legendy” − Staszka Mittka (”Gada”). Niestety, jako zdecydowanie „antytechniczny” − nie do wszystkich zadań. To przy okazji wyjaśnia rzeczywisty punkt widzenia, z jakiego książka jest pisana. 

  Ale też nie jest. Kornel Morawiecki już na początku naszej działalności określił że każdy ma u nas tyle władzy, ile jej sam sobie wypracuje. Teraz uznałem, że już faktem podjęcia się pisania sporo takowej dla siebie zdobyłem. Zresztą wróciły tu stare zapędy. Gdy miałem zamieścić swój pierwszy artykuł w czasopiśmie „Myśli”, postanowiłem się pod nim po królewsku podpisać. Zawierajcie pośredniczył „Gad”. Szybko sprowadził mnie na ziemię. Stwierdził, że z króli poleca angorę. I wrzucił do artykułu podpis, dopisując jeszcze przed Angorą K. (od król, a raczej królik). Obecnie sobie to odbijam. 

  Jest jednak znacznie istotniejszy aspekt tej formy. W ten sposób czytelnie przekazuję poziom zaangażowania w działania naszej organizacji, który wtedy prezentowaliśmy. My, z SW.

Przewiń do góry