OPASKA SOLIDARNOŚCI WALCZĄCEJ

PORCELANOWE TALERZYKI 1983

Paweł Falicki

     To było ciepłe popołudnie w lecie 1983 roku i gdy dojeżdżałem syreną-pickupem do placu Grunwaldzkiego miałem koszulę już mokrą na plecach. Rzężący dwusuwowy silnik syreny zakasłał i zgasł na parkingu pod Instytutem Matematyki. Tu mogłem moją „skarpetę” spokojnie zostawić, nikogo to nie dziwiło. Parkowałem tu przecież prawie codziennie, gdy niedawno jeszcze pracowałem w Centrum Obliczeniowym. Często później przyjeżdżałem odwiedzać “stare śmieci”, więc półciężarowa syrena nie budziła już sensacji. Zamknąłem drzwiczki i zaciągnąłem zieloną brezentową plandekę z tyłu. Skórzane, lekko sparciałe rzemienie nie chciały się dopiąć, ale w końcu udało się w miarę szczelnie opatulić skrzynię ładunkową. Czy jechał ktoś za mną? Raczej nie, ale oczywiście pewności nie było. Rozglądałem się dyskretnie sprawdzając zamknięte drzwiczki samochodu. Popołudniowy ruch zamierał już, a wjazd pod Instytut był jedynie od strony ulic Joliot-Curie lub Polaka, więc wystarczyło obserwować tylko dwa kierunki.

1
Instytut Matematyki i Informatyki Uniwersytetu Wrocławskiego, ok. roku 1979

     Wydawało się, że jestem „czysty”. Z przewieszoną przez ramię torbą-monterką wszedłem do Instytutu. Grupki studentów kręciły się obok szatni. Wskoczyłem po schodach na piętro i od razu, nie czekając na to, by mnie zauważył ktoś ze znajomych wbiłem się do toalety. Lekko przepocona flanelowa koszula w kratę wylądowała w torbie a na grzbiet naciągnąłem świeżą, jasną koszulkę polo. – Tyle przynajmniej zmiany wizualnej – mruknąłem do siebie – skoro nie mam peruki i nowego kapelusza na takie okazje, jak np. Nina, łączniczka Kornela.

    Adresu, gdzie miało się odbyć zakonspirowane zebranie Rady SW oczywiście nie miałem. Znałem jedynie numer budynku i mieszkania-filtru w jednym z bloków – „sedesowców”, do którego miałem się zgłosić. Znałem też hasło.

    Z Instytutu wyszedłem w grupie studentów kończących zajęcia. Większość kierowała się w stronę akademików za „sedesowcami”, więc było mi to bardzo na rękę. Po minucie wszedłem do klatki schodowej trzeciego „sedesowca”. Drzwi od windy – bez pamięci pięter – zamykane była na płaski klucz, ale zamek można było otworzyć także zwykłym kluczem wpychając go nieco na ukos. Drzwi ustąpiły i… wtedy na klatkę z zewnątrz weszła kobieta z niewielką torbą, jakby z zakupami. W naturalny sposób wpuściłem ją pierwszą do windy.

– Jak to dobrze, że kobiety mają pierwszeństwo i z reguły czekają na inicjatywę mężczyzny – pomyślałem – zaraz zamknę drzwi i bezzwłocznie zapytam: „które piętro?”. I już będę górą! Najgorzej będzie, jeśli odpowie, że 14 (ostatnie), bo wtedy dowie się, na którym ja wysiadłem. I choć nie będzie to siódme, na które muszę się dostać, to jednak coś będzie już wiedziała…

    Domykałem od wewnątrz drzwi. „Które piętro?” – zapytała niewinnie kobieta. Zmartwiałem. Była szybsza. Muszę jej coś powiedzieć… Jeśli powiem: czternaste – to – jeśli to nie SB – to mam największą szansę, że wysiądzie wcześniej. Ale jeśli to SB, to pojedzie ze mną na czternaste, a w najlepszym wypadku wysiądzie na trzynastym i poczeka co zrobię. Przecież jak zacznę schodzić na piechotę na siódme, to ją minę. Pełna dekonspiracja… Nie było dobrego wyjścia.

– Pierwsze – powiedziałem zdecydowanie przybierając cierpiętniczy wyraz twarzy. Musiało ją to zdziwić, ale posłusznie nacisnęła jedynkę. Mocno i spektakularnie kulejąc otworzyłem drzwi na pierwszym piętrze i z udawaną trudnością wyszedłem z windy licząc na to, że weźmie mnie za inwalidę, który nie może pokonać jednego piętra po schodach. – Dziękuję – stęknąłem na pożegnanie kończąc „grę w piętra”. Winda ruszyła do góry a ja próbowałem szacować, czy dojechała do ósmej czy dziewiątej kondygnacji. Gdy trzasnęły na górze drzwi – uspokoiłem się i pomaszerowałem po schodach na siódme piętro. To raczej nie była funkcjonariuszka SB. Zresztą – gdyby była – to by za nią pojawił się drugi esbek pilnujący wejścia do budynku. Ale klatka schodowa była pusta.

     Mieszkanie na 7 piętrze otworzyła niewiele starsza ode mnie dziewczyna w maskującym kształty dresie. – Dzień dobry, ja z ogłoszenia, o tych akumulatorach – rzuciłem się na powitanie. – Ale to sześciowoltowe – uśmiechnęła się dziewczyna wpuszczając mnie do środka. Hasła zadziałały. – Proszę – wskazała krzesło w pokoju. Nie bardzo wiedziałem, czy mam o cokolwiek pytać, ale sama zaczęła. – Herbata? Cukier?  – Nie wiem… Ktoś ma się tu ze mną spotkać… – bąknąłem.

    Szklanka z herbatą z fusami pojawiła się na stoliku, ale gospodyni nie była skora do rozmowy. Krzątała się między kuchnią a drugim pokojem. Panowało krępujące milczenie. Nie wypiłem nawet kilku łyków, gdy usłyszałem pukanie do drzwi w korytarzu. Stanąłem przy regale z książkami tak, by nie było mnie widać, gdy gospodyni uchyli drzwi wejściowe. – Cześć, jest już? Masz tu, wiesz dla kogo, ten sam, co był w zeszłą sobotę, on będzie tu jutro wieczorem – usłyszałem znajomy głos w przedpokoju. Dresiasta dziewczyna przeniosła jakąś paczkę w szarym papierze od drzwi wejściowych do kuchni. – No, jesteś, zbieraj się, idziemy – zakomenderował Jacuś, który pojawił się nagle przy krześle, na którym przed chwilą siedziałem.

Wrocław, Plac Grunwaldzki, „sedesowce”

    Wyszliśmy na klatkę schodową. – Czysty jesteś? Czym przyjechałeś? – obcesowo rzucił Jacuś. – Raczej czysty, „skarpetę” zostawiłem pod instytutem – odparłem. Z „sedesowca” wychodziliśmy rozglądając się uważnie. Jacuś miał jakiegoś „malucha” (fiat 126p) niedaleko baru ‘Pod Jaworem’. Siedzieliśmy chwilę skuleni w samochodzie obserwując ruch i słuchając przestrojonego na 168MHz radioodbiornika. Na częstotliwości używanej przez SB były tylko jakieś odległe szumy. Raczej nic się nie działo. W każdym razie nie w pobliżu nas, bo wtedy by było słychać wyraźniej jakieś komunikaty. Radio odbierało też 173MHz, gdzie zawsze była masa rozmów zwykłej milicji, ale nie warto było tego słuchać. Jacuś ruszył dość ostro i chwilę krążyliśmy po uliczkach wokół Placu Grunwaldzkiego, po czym przez Most Zwierzyniecki pojechaliśmy na Biskupin. Kręciłem głową dookoła, ale niczego podejrzanego podczas jazdy nie zauważyłem. 

    Skręciliśmy z Olszewskiego w Grottgera, potem w Kossaka i jeszcze raz w lewo, z powrotem na Olszewskiego. Taka pętla powinna ujawnić ewentualny SB-cki ogon. Ale nic nie wskazywało, że mamy towarzystwo. Jacuś skręcił w prawo w Kazimierską, minęliśmy dziki parking i wjechaliśmy pod 11-piętrowe szare bloczysko. Dalej stał następny podobny budynek. Uliczka kończyła się jakimś wykopem. Jacuś zaparkował między budynkami. Czekaliśmy, czy nie pojawi się jakiś inny samochód w ślepej (wtedy) ulicy Kazimierskiej. Nie było żadnego ruchu. Jedynie jakaś starsza pani powoli szła wzdłuż bloków. – Wyskakuj – polecił Jacuś. Weszliśmy do ostatniej bramy. Windą – na ostatnie piętro, potem po schodach w górę do przejścia przez strychy i trzecią klatką w dół. Tylko jedno piętro. Jacuś zadzwonił do mieszkania 32 i stuknął w drzwi dwa razy – otworzyła uśmiechnięta brunetka w kuchennym fartuchu. Hasło nie było potrzebne – znali się jakoś. Byliśmy na miejscu.

Wrocław, ul. Kazimierska, 2017

     Gospodyni zniknęła w kuchni a my weszliśmy do głównego pokoju za przeszklonymi drzwiami. Byli już Bartek, Nina, Antoni, Rolnik i Basia. Jan jak zwykle siedział w kącie przy balkonie ze słuchawką w uchu. Antena była przypięta do firanki a szerokopasmowy skaner – nasza duma z jednego z ostatnich zrzutów z Niemiec – mrugał zielonkawym ekranem z półki wysokiego regału wypełnionego kryształowymi kieliszkami i masą porcelanowych bibelotów. – Ja bym trzymał w takim regale książki – pomyślałem. Ale po chwili dostrzegłem małą biblioteczkę z drugiej strony pokoju, która niejako równoważyła przepełniony szkłem regał.

     Na stole pojawiła się herbata i jakieś domowe ciasto. Przez półmatową szybę w drzwiach widać było, że coś się dzieje na korytarzu. Drzwi się otworzyły i wszedł Kornel z jakimiś papierami pod pachą. Za nim – Sierotka, ale tylko na chwilę błysnęła okularami, bo zaraz znowu zniknęła. Rozpoczęło się chaotyczne odpytywanie – Kornel chciał jakby wszystkiego się dowiedzieć od razu. Powoli wprowadzaliśmy ład w relacjach. Po chwili wróciła Sierotka z jakąś paczką bibuły. Jan się skrzywił, ja też rzuciłem jakąś cierpką uwagę o zbędnym kolportażu na spotkaniu Rady SW. Okazało się jednak, że to niewielka paczka nowo powstałego pisma jakiegoś ugrupowania młodzieżowego, z którym Kornel wiązał nadzieje rozszerzenia organizacji. Chodziło generalnie o naszą aprobatę, jak zresztą często się zdarzało, gdy pojawiał się jakiś pomysł i był już wdrażany, a Rada SW miała się wypowiedzieć, najlepiej pozytywnie, już w trakcie jego realizacji. Nie było żadnych większościowych głosowań, ale każdy miał rodzaj prawa weta. Sprowadzało się to do tego, że decyzje były podejmowanie jednogłośnie czasami po burzliwych dyskusjach, w których docieraliśmy ostateczną formę planowanego działania.

    Gdy bieżące sprawy zostały już omówione, zrobiła się noc i gospodyni poprosiła, by ciszej mówić ze względu na zasypiających już sąsiadów. Ale byliśmy bardzo pochłonięci omawianymi sprawami. W pewnym momencie siedzący dotąd w kącie Jan energicznie wstał i zrobił krok w stronę środka pokoju. Któryś z kabli podłączonych do stojącego na regale skanera napiął się, regał się zachybotał i…. wszystkie szkła, porcelana i kryształy wysunęły się z półek na rozłożony stół. Huk był taki, że żaden sąsiad nie mógł go nie usłyszeć. 

    Przestaliśmy rozmawiać, zapadła głucha cisza. – To nic, to nic – pierwszy zareagował Kornel. W drzwiach z korytarza pojawiła się przestraszona gospodyni. Jan zaczął szybko podłączać na nowo skaner z nasłuchem. Kornel z Niną wyszli spiesznie z mieszkania. Zgadnąć można było, że w tym samym bloku, prawdopodobnie w innej klatce, było mieszkanie zapasowe. A może po prostu mieszkanie, w którym Kornel się ukrywał? Wolałem tego nie wiedzieć.

    Po cichu zaczęliśmy zbierać porcelanowe skorupy… Gospodyni mężnie nie poddawała się emocjom, ale widać było jej nerwową krzątaninę. W eterze nadal była cisza.

    Po około 30 minutach z mieszkania wyszła Sierotka po Kornela. Wrócił jeszcze po pewnym czasie, ale już niektórzy z nas pojedynczo zaczęli wychodzić. Zostali Bartek, Nina, Jan, ja i Jacuś, który mi obiecał odwiezienie na plac Grunwaldzki. W mniejszej grupie szybciej można było podejmować decyzje. Sączyliśmy herbatę porządkując zdarzenia aż gospodyni pojawiła się w drzwiach w szlafroku. Musiało być chyba koło drugiej w nocy.

Gdy wyszliśmy z Jacusiem – gwiazdy świeciły zupełnie jak porcelanowe talerzyki…

Paweł Falicki („Tomek”)

Październik 2020

Przewiń do góry