OPASKA SOLIDARNOŚCI WALCZĄCEJ

GARŚĆ WSPOMNIEŃ

Janusz Krzywoszyński

    Urodzony 17-08 – 1953 r. w Gliwicach w rodzinie o patriotycznych korzeniach wywodzącej się ze Lwowa. Ojciec Marian Krzywoszyński urodzony w 1915 roku we Lwowie matka Helena z d. Dulak urodzona we Lwowie w 1915 r. Czterech członków rodziny jest pochowanych na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Ojciec za działalność w AK został zesłany na Syberię.  Po wojnie i zmianie granic rodzina osiedliła się w Gliwicach. W atmosferze wspomnień, patriotyzmu i chęci dokonania przemian wychowywałem się w domu rodzinnym.

    Dopiero w maju 1976r. udało mi się wyjechać z Polski do Włoch, gdzie poznałem moją przyszłą żonę Eleonorę Codini, córkę znanego włoskiego przemysłowca z Bresci Fausto Codini.

    Mój bunt przeciwko dyktaturze w Polsce był tak wielki, że mimo dobrobytu, w który wszedłem podjąłem działalność pro polską. Udzielałem wywiadów w lokalnych mediach informując włoską opinię publiczną o realnej sytuacji w Polsce oraz prześladowaniu ludzi myślących inaczej niż wytyczne partyjne. Szybko zostałem dostrzeżony i zapraszany na liczne wiece i spotkania. Starałem się zawsze uświadamiać Włochów do czego zdolni są towarzysze. Rację dawała mi ówczesna sytuacja polityczna we Włoszech a szczególnie ogromne problemy z działającymi tam Czerwonymi Brygadami.  Wzrastająca liczba napadów np. na urzędy pocztowe celem dofinansowania się czy też fizyczne eliminowanie prawicowców. To były lata czerwonego terroru we Włoszech. Na Włochy padł autentyczny strach. Prawicowcy ginęli często w małych miasteczkach nie tylko w wielkich metropoliach. Wszystko by zaszczepić strach i terror pośród ludzi.

    W tych latach jest datowany początek mej politycznej działalności we Włoszech. Przełom lat 1978-1980. Stawałem się w mieście Brescia rozpoznawalną osobą, którą chętnie zapraszano na manifestacje w celu poświadczenia prawdy o „Realnym Socjalizmie”.

    Moje działania w stosunku do włoskiej opinii społecznej polegały głównie na uświadamianiu ludzi. Podawania przykładów łamania prawa nieprzestrzeganie praw człowieka i elementarnych zasad demokratycznych zarówno w Polsce jak i innych krajach bloku wschodniego.  Szybko też w rezultacie tej działalności rozpoczęła się korespondencja z polskimi organizacjami w Londynie. Posiadam do dnia dzisiejszego bogatą korespondencję z Anglii, Kanady i USA.

    Działalność ta nie ograniczała się tylko do wystąpień publicznych w mediach lokalnych czy krajowych.  Zacząłem bezpośrednio interesować się losem Polaków przebywających w Italii. Zlokalizowałem np. przebywający w mieście cyrk, w którym znacząca ilość pracowników to byli Polacy. Gdy dowiedziałem się od nich, że mają odebrane paszporty przez nadzorcę PAGARDU poinformowałem policję i w efekcie cyrk został otoczony przez policję w spektakularny sposób a polski nadzorca zmuszony do oddania paszportów. Efekt tego był taki, że około dwudziestu osób tego dnia uciekło a ja osobiście odwiozłem pewną starszą osobę do niemieckiego konsulatu w Milano. Konsekwencją tej sytuacji była notatka prasowa we włoskiej gazecie oraz wychodzącej gazecie polonijnej w Londynie. „Dziennik Polski”, artykuł z dnia 14 czerwca 1985 r.  strona 2. Tytuł: „Polscy murzyni we Włoszech” (ksero artykułu do wglądu w archiwum).

    Ta działalność została również dostrzeżona przez SB. Efektem tego było częste wzywanie ojca na przesłuchania oraz blokada telefonu domowego rodziców. Przeprowadzano ze mną rozmowy w polskim konsulacie w Milano. Na przesłuchaniu ojca zastraszano go, że mogą mnie sprowadzić do kraju wiadomymi sposobami. Będąc pod polityczną osłoną mej partii, sprawa została nagłośniona przez media. Członkowie Parlamentu żądali od Ministra Spraw Wewnętrznych wyjaśnienia gróźb porwania obywatela włoskiego przez polskie służby.

Nasilenie mej działalności to ogłoszenie stanu wojennego w 1981 r.

    To był nowy etap. Zrozumiałem, że muszę współpracować jeszcze bardziej dynamicznie z Włoskim Związkami Zawodowymi: CGIL – CISL – UIL

    Ten wybór doprowadził do tego, że znacznie więcej miejsca znalazło się dla mnie nie tylko na łamach gazet, lecz w programach telewizyjnych. Sprawa Polski była częściej omawiana. Nareszcie wspólnymi siłami doprowadziliśmy do publicznej dyskusji o Polsce. Po zdobyciu mymi działaniami zaufania Solidarności Walczącej z Londynu dostałem kontakt na Joannę Burakowską, Polkę z Torino pochodzącą ze Szczecina. Szybko znaleźliśmy z Joanną wspólny język i zaczęliśmy działać. Ze względu na moje dobre kontakty ze związkami zawodowymi, zostałem osobą odpowiedzialną za kontakty oraz wystąpienia na terenie Lombardii. Stale pomagałem COMITATO DI SOLIDARIETA CON SOLIDARNOŚĆ   10121 Torino Via Barbaroux n.43. W tym okresie utrzymywaliśmy z Joanną Burakowską stały kontakt. Organizowałem między innymi pisanie listów protestacyjnych do gen. Jaruzelskiego oraz więźniów.  Nie tylko poprzez związki zawodowe, lecz nagłaśniając w mediach. Organizowaliśmy wysyłkę paczek, głównie do parafii, domów dziecka oraz do rodzin osób więzionych. Lekarstwa wysyłaliśmy bezpośrednio do szpitali. Pod polskim konsulatem w Milano organizowaliśmy wiece i protesty. 

    W międzyczasie na podstawie nagłośnionej działalności jak i pracy wykonanej zostałem wybrany w mieście Brescia prezydentem Partito Liberale Italiano. To był skok jakościowy, który pozwolił mi jeszcze bardziej być obecnym w życiu narodu włoskiego. Same kontakty na poziomie parlamentu znacząco wzrosły.

    Zajmowałem się bezpośrednią pomocą Polakom w dwóch włoskich obozach Levico Terme oraz Latina. Często jeździłem do tych obozów by pomóc Polakom tam oczekującym na wyjazd. Załatwiałem bieżące sprawy poszczególnych osób jak i ogólnie sprawy dotyczące poprawienia ich warunków bytowych. Tłumaczyłem dokumenty, wyjaśniałem często bardzo delikatne sprawy. Po przeprowadzeniu weryfikacji mojej osoby byłem dopuszczany do wielu narad i decyzji związanych z polską społecznością. Nie zawsze zgadzałem się z władzami, jeśli chodzi o sytuację ludzi w obozie i w rezultacie pisałem na ten temat artykuły do polonijnych gazet w: Anglii, Kanadzie oraz USA.

    Fakt ten doprowadził do wielu kontroli na terenie obozów we Włoszech celem poprawienia bytu. Osobiście zabiegałem w Włoskim Czerwonym Krzyżu o przeniesienie matek z dziećmi poza struktury obozu tzn. do hoteli. Co wywalczyłem.  Nowością było wydawanie „Gazetki Obozowej”. Był to miesięcznik, który osobiście pisałem, finansowałem i drukowałem. Celem było poinformowanie rodaków o aktualnej sytuacji politycznej w Polsce, we Włoszech oraz możliwości emigracji jak i o ich prawach przysługujących im zgodnie z konstytucją włoska. Przez cały czas utrzymywałem kontakty z członkami parlamentu włoskiego, Kongresem Polonii Amerykańskiej oraz:

                                      Prezydentem RP na Uchodźstwie w Londynie

     Osobiście organizowałem przerzuty polskich dzieci z Austrii do Włoch pozostawionych jako zakładnicy przez rodziców, którym udało się wyjechać, a którzy czekali w obozie. 

    Były to autentycznie filmowe akcje z różnymi zabezpieczeniami organizowane przy pomocy obywateli włoskich. Zawsze takiemu przerzutowi towarzyszyła grupa samochodów z osobami zaopatrzonymi w kropelki uspokajające dobrane na podstawie ciężaru ciała przez lekarza dla dziecka. Trzeba było wziąć pod uwagę warunki atmosferyczne w Alpach i sam fakt by dziecko w trakcie kontroli na granicy nie zaczęło nagle mówić po polsku. Do przerzutu były dobierane osoby, które w paszporcie włoskim miały wpisane własne dziecko w podobnym wieku. Samochody przed wyjazdem w Alpy były sprawdzane przez mechaników. Do dzisiaj pamiętam ostatni przerzut pewnego dziecka, które odbierałem osobiście przed stacją kolejową w Insbrucku podczas potężnych opadów śniegu.     Skulona babcia zanim oddała mi wnuczkę okrytą kocem kilka razy kontrolowała moje zdjęcie.     Osoby biorące udział w przerzutach do dzisiaj wspominają te akcje i są dumne, że pomogły w połączeniu się polskim rodzinom.

    Wielkim echem we Włoszech odbił się nagłośniony fakt odmowy azylu politycznego Andrzejowi K. którego żona i córka już przebywały w obozie w Levico Terme. Otrzymał dokument „Persona non grata”, w 48 godzin opuścić Włochy. Niezrozumiałe, lecz prawdziwe. Nawet moja Partia Liberalna w tym momencie działała opieszale a wskazówki zegara nieubłaganie szły do przodu. Zostałem sam z Andrzejem K. i jego wystraszona żoną. Przyjąłem to jako osobiste wyzwanie i zwróciłem się z prośbą o pomoc do ekstremalnej lewicy włoskiej. Chłopcy zrozumieli, że mogą politycznie wykorzystać sytuację i zorganizowali akcje w sposób wprost wojskowy. Szokiem dla mnie było, gdy przyjechałem na naradę do lokalnej siedziby tej partii. Ja syn Lwowiaków sybiraków i członków AK, antykomunista zaprzysiężony patrzę a tu na ścianie wisi – kto? STALIN(!). Przełknąłem gorzką pigułę i do przodu.   Towarzysze włoscy poinformowali włoską opinię publiczną, że Rząd przedstawiający się jako Demokratyczno –Chrześcijański odmówił obywatelowi Polskiemu azylu politycznego, mimo że jego żona i dziecko jest już oficjalnie na stanie w obozie dla uchodźców a on ma opuścić Włochy w ciągu czterdziestu ośmiu godzin. Autentyczny absurd (!). Zaczął się ogromny szum medialny. Zaznaczmy, że byłem świadomy tego co robię. Wykorzystałem wodę na ogień. Dwa sprzeczne bieguny. Moja partia Liberalna przecież odmówiła mi pomocy a ja walczyłem o człowieka, o rodzinę Polaków. Co było ważniejsze dobro partii i jej układy i układziki, czy polska rodzina? Stanąłem okoniem. Ekipy RAI-1, RAI-2 oraz RAI-3 stacjonowały pod moim domem. Gdyż osobiście wysłałem telegram do komendanta Policji miasta Trento informując go, że będę ukrywał Andrzeja K. Zwykli ludzie zgłaszali się by wbrew prawu uczestniczyć w akcji przechowania Andrzeja K. 

To było obywatelskie wypowiedzenie posłuszeństwa (!).  

    Policję ten krok sparaliżował. Nawet TV Polska dała wiadomość o odmowie azylu politycznego obywatelowi PRL. W samym Parlamencie Włoskim narastało napięcie, gdyż jak informowała grupa prawników, która podjęła się obrony minister wszedł w kolizję z włoską konstytucją i przekroczył swoje kompetencje. Ówczesny Minister Spraw Wewnętrznych Amintore Fanfani pod presją opinii publicznej oraz interpelacją parlamentarną przedstawiciela Partito Liberale Italiano On. Costa Raffaele z dnia 12 – 10 – 1989 r. (tekst tej interpelacji posiadam do dnia dzisiejszego w moim archiwum) postanowił wycofać się. O dziwo moja partia PLI postanowiła mnie poprzeć. Duże znaczenie miała również opinia żony Pana ministra, hrabiny i szefowej Włoskiego Czerwonego Krzyża w tym czasie jak i krytyka ekstremistów lewicy, którzy pierwszy raz „grali” w tej samej drużynie co Biskup. To było moje największe osobiste zwycięstwo. Pozostaje fakt, że długo musiałem się tłumaczyć karabinierom z mych kontaktów z ekstremistami lewicowymi. Pamiętam jak oficerowie karabinierów tłumaczyli mi, że przecież wszedłem w kontakt z poplecznikami CZERWONYCH BRYGAD. Wiedziałem z kim mam do czynienia. Tego widoku portretu Stalina w Bresci w Italii nigdy nie zapomnę. Oficerowie z niedowierzaniem kiwali głowami, gdy spokojnie odpowiadałem na ich pytania.  

     Ratowało mnie to, że byłem, „certyfikowanym uchodźcą politycznym” /Dekret z 23- 09 – 1977 Trieste – do wglądu/, znanym działaczem politycznym prześwietlonym na wszystkie możliwe sposoby. Dzisiaj rodzina Andrzeja K. żyje w Kanadzie i to jest mój osobisty sukces. Mały Polak postawił się i wygrał z Ministrem Spraw Wewnętrznych Italii.

     Moja walka z komunizmem nie ograniczała się do Polski czy Włoch. Dwa razy podczas Rewolucji Rumuńskiej organizowałem transport lekarstw i żywności do szpitala w Timisoarze (1989 r.). Podczas drugiego transportu zostaliśmy ostrzelani przez Securitate i w konsekwencji zginął kierowca Włoch, który mimo operacji oraz szybkiej ewakuacji wojskowym włoskim samolotem sanitarnym zmarł we Włoszech. Pozostaje wdzięczność prostych ludzi ze szpitala w Timisoarze oraz zdjęcia, z sal tortur Securitate, które obiegły świat, a które robiłem drżącymi rękoma. Zdjęcia posiadam do dzisiaj w moim archiwum. Pamiętam jak na wioskach rozdawaliśmy żywność, głównie starszym osobom. Pamiętam słowa wdzięczności dyrektora szpitala za przywiezione lekarstwa. Z wdzięczności zapraszali nas do swych ubogich domów przekazując nam historię ich rodziny i kraju. Ile wspólnego mają Rumuni z Polakami. Przecież Securitate czyli rumuńskie SB strzelało do nas mimo, że mieliśmy na maskach samochodów międzynarodowy znak Czerwonego Krzyża (!). Troszkę tylko nie mogę nadziwić się jednemu. Ja prowadziłem osobiście kolumnę samochodów ze znakiem czerwonego krzyża. Ja siedziałem za kierownicą, a odstrzelili głowę koledze Włochowi z Sardynii, który prowadził drugi samochód. Często o tym myślę.

     By bardziej uświadomić Włochów o ryzyku „czerwonej zarazy” postanowiłem przedstawić im autentycznego świadka. Po kilku telefonach dostałem kontakt na wielkiego patriotę polskiego, człowieka, który nie akceptował kompromisów do tego stopnia, że pojechał walczyć do Afganistanu. Jacek Winkler, który walczył u boku komendanta Masuda z Sowiecką zarazą. Był tak waleczny, że mudżahedinowie za swe męstwo nadali mu tytuł Adam Khan. Spotkanie z Jackiem zostało nagłośnione przez lokalne media. W dniu spotkania lokal pękał w szwach. Jacek opowiadał o wojnie w Afganistanie. Głos Jacka przerywało tłumaczenie i szelest zmienianych zdjęć w rzutniku. Pokazywał drastyczne zdjęcia, które zszokowały przybyłych. Widziałem łzy w oczach nie tylko kobiet. Ludzie wychodzili w ciszy ze spuszczonymi głowami i pierwszy raz byłem świadkiem milczenia dziennikarzy. Po oficjalnej części siedzieliśmy w grupce oglądając jego specjalną kolekcje zdjęć, którą pokazywał tylko tym o zdrowych nerwach. On naprawdę dokumentował wojnę. Pewne zdjęcia pamiętam do dzisiaj. Następnego dnia w media ukazały się liczne komentarze. Ziarno niepewności pośród lewaków zostało zasiane.

     Działania polityczne nabierały coraz większego rozpędu.  W sferę mych zainteresowań wchodziła nie tylko Polska, ale wszędzie tam, gdzie komuniści dominowali brutalnie bezbronną ludność. Przybyły do Włoch obywatel rumuński Fabian Csaba, 26 lat robotnik z Transilvani biorący udział w protestach przeciw krwawemu reżimowi Ceausescu, któremu odmówiono azylu politycznego. Został wzięty pod ochronę zawiązanego Komitetu Obrony Praw Uchodźców Politycznych w skład, którego wchodzili przedstawiciele różnych partii i związków zawodowych. Po medialnej batalii popartej przez członków Senatu wygraliśmy sprawę. W moim archiwum posiadam ówczesne artykuły przetłumaczone przez tłumacz przysięgłego.

     Opieka nad położonymi w różnych częściach Włoch obozami dla uchodźców była nie lada wyzwaniem. Jednakże chęć pomocy i rosnące wokół mnie wsparcie nie tylko organizacji, lecz zwykłych ludzi potęgowało działania. Stałem się coraz bardziej rozpoznawalny medialnie i na ulicy. Często znani lokalni przemysłowcy oddawali do dyspozycji środki transportu a księża z miejscowych parafii organizowali zbiórkę odzieży. Nie rzadko sklepy dawały towar nowy jeszcze z metkami. Wszystko to było zawożone do obozu dla Polaków, którzy uciekli latem, ale zastała ich zima.1986 -1989. 

     W tych latach komendantem policji w obozie w Latina był inspektor Giuseppe Mura. Wspaniały człowiek, wielki przyjaciel narodu polskiego i polskiej sprawy. Pomagał Polakom na każdym kroku. Był cierpliwy wyrozumiały i często z własnej inicjatywy sprowadzał do chorych lekarza. Oficjalnie faworyzował matki z dziećmi. Łagodził sprzeczki w polskiej społeczności w obozie. Jako Prezydent Partito Liberale Italiano często przyjeżdżałem do obozu by sprawdzić w jakich warunkach żyją. Zawsze współpracował ze mną dla dobra polskiej społeczności. To on często podpowiadał mi jak ten czy inny problem rozwiązać. Osobiście kontrolował włoski personel. Jego żona śp. Paola odwiedzała w szpitalu rodzące Polki. Obydwoje udzielali zwykłych ludzkich porad a ich dom często był odwiedzany przez zagubionych w nowej sytuacji życiowej ludzi. Inspektor Giuseppe Mura był bardzo lubiany przez polską społeczność i ceniony przez przełożonych. To człowiek, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Upłynęły lata i postanowiłem go odszukać. Dzisiaj starszy inspektor Giuseppe Mura jest szanowanym schorowanym emerytem policyjnym. Moim marzeniem jest by dzisiejsza wolna Polska przyznała temu człowiekowi odznaczenie za jego postawę za pomoc Polakom w tych trudnych latach. Przez obóz w Latinie przeszły tysiące Polaków. Statystyki mówią, że z socjalistycznego raju przez ten obóz przeszło ponad 50 000 ludzi. Dziwnym trafem nikt temu człowiekowi nie podziękował. Mamy rachunek otwarty. Dzisiaj nadszedł czas by Wolna Rzeczypospolita wynagrodziła tego człowieka odznaczeniem. To jest symbol wdzięczności i uznania, ale jaki ważny. To nasz wspólny obowiązek moralny. Znaczący jest fakt, że Ambasadorem RP w Italii jest córka generała Andersa Anna Maria Anders. Nie należy zapominać, że gen. Anders wyprowadził z Rosji Sowieckiej dziesiątki tysięcy polaków wraz z rodzinami. To on wyzwolił wiele włoskich miast nie tylko Monte Cassino. Kto pamięta np. wyzwolenie Bolonii? Medal przyznany już przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę aktualnie oczekuje w Ambasadzie w Rzymie na wręczenie. Musimy tylko znaleźć odpowiedni moment ze względu na pandemię.

     Dzisiaj mamy w Rzymie wyjątkowo pozytywne notowania mimo V kolumny pracującej zgodnie z berlińskimi dyrektywami. 

     Wspólnie z Joanną Burakowską odznaczoną Złotym Krzyżem Zasługi przez Prezydenta RP koordynowaliśmy pomoc dla walczących struktur w kraju. Każdego dnia coś się działo. Potrzeb było więcej niż możliwości. Oboje jednak staraliśmy się robić jak najwięcej, gdyż wiedzieliśmy, że w kraju opozycja czeka na sprzęt.

     Apogeum sytuacji było przybycie do Włoch ikony polskiego ruchu oporu Kornela Morawieckiego oraz Andrzeja Kołodzieja. Zostali dostarczeni do Rzymu wprost z więzienia. Dostaliśmy jeszcze większej energii do pracy. Wtedy już z dokładnością zegarmistrzowską wiedzieliśmy co potrzebuje Wrocław co Szczecin a co Gdańsk. Nasza wspólna praca nabrała większego tępa. Zostały otwarte nowe kanały przesyłowe. Nasza struktura powiększała się. Coraz więcej Włochów pomagało. Nabraliśmy rozpędu. Każdego tygodnia wychodził TIR do Polski z ukrytym materiałem dla Solidarności Walczącej oraz parafii. Osobnym kanałem przekazywaliśmy gotówkę zebraną na opłacenie Kolegiów w Polsce. Organizowaliśmy pisanie listów do rodzin uwięzionych. Gdy dochodziły do nas sygnały o złym traktowaniu aresztowanego, pisaliśmy listy do naczelnika więzienia. To naprawdę dawało rezultaty. Byli zaskoczeni stopniem naszej informacji. 

     Nocami przy lampce wina z Andrzejem Kołodziejem u mnie w domu, gdzie mieszkał dyskutowaliśmy co trzeba zrobić i jak zrobić, by SB nie przechwyciła wysyłki. Andrzej był kopalnią pomysłów. Chodziło tylko o to, by przełożyć to na aktualną sytuację we Włoszech i zrealizować.  Często spieraliśmy się, ale zgodnie realizowaliśmy transporty do Polski. Andrzej po przebytym więzieniu miał w sobie wielki ładunek emocjonalny. Uśmiechał się tylko gdy bawił się z moim synem. To był człowiek, który chciał natychmiast realizować obrane cele. Lewica wcale nie chciała nam pomagać, chociaż byłem świadkiem różnych dziwnych sytuacji. By odreagować często zabierałem Andrzeja w okoliczne góry do rodziny. Był prawdziwym idolem pośród właścicieli fabryk wystraszonych aktywnością lewicy. Potrafił opowiadać godzinami a Włosi słuchali z rozdziawionymi ustami.

     Nieraz Joanna dzwoniła z Torino by uprzedzić, że nie wolno ładować na tego Tira, bo to SB-ek. Przesyłka zatem szła innym Tirem. 

    Przez cały czas były organizowane spotkania ze związkami zawodowymi, gdyż te dysponowały kolosalnymi pieniędzmi zarówno rządowymi jak i ze składek swych członków.  Andrzej spisywał się świetnie jako „Wizytówka Walczącej Polski”. Poparcie Solidarności Walczącej we Włoszech rosło. Transporty wychodziły regularnie. Mechanizm dawał efekty.

    Wydarzenia „Okrągłego Stołu” spacyfikowały nasze struktury, lecz wielu z nas z Andrzejem Kołodziejem na czele nie ufało nowej sytuacji. Trzymaliśmy się gotowi nie dowierzając. Andrzej często komentował, by jeszcze trzymać materiał i być gotowym. Był niepoprawnie zacięty, bezkompromisowy i bardzo przypominał Jacka Winklera.

    Joanna Burakowska często powtarzała mi, cytuję: ,,sprzedali nas przy okrągłym stole”. 

   Joaśka odznaczona przez Prezydenta RP Złotym Krzyżem Zasługi zmarła 05 kwietnia 2010 r. w Turynie. Pozostają mi jej listy pisane do mnie i wspomnienia. Układając dzisiejszą mozaikę polityczna RP, trudno Joaśce nie przyznać racji. Joaśka była tą osobą, która uczyła j. włoskiego w Torino Zbigniewa Bońka piłkarza sprzedanego do Juventusu. 

    To ona informowała mnie o jego „dziwnych kontaktach” z Konsulatem PRL, Ambasadą w Rzymie czy licznych delegacjach z Warszawy. Punktem kulminacyjnym było wydarzenie, gdy na mecz Polska – Italia z Gdańska przyleciał samolot pełny kibiców. Zaskoczeniem dla Włochów był fakt, że 100 % kibiców poprosiło o azyl polityczny.  Natychmiast Ambasada zorganizowała nowy LOT. Tym razem 50 % kibiców poprosiło o azyl polityczny. Włoscy dziennikarze natychmiast udali się do Bońka prosząc go o komentarz. Jakież było moje zdziwienie, gdy opublikowano wypowiedz Bońka, która mimo wielu lat nie potrafię zapomnieć i przebaczyć:

WSTYDZĘ SIĘ ZA MOICH RODAKÓW”

     To były słowa tow. Bońka znanego działacza sportowego finansowanego przez rząd składający się z ludzi z powodu których on się wstydzi! Zresztą jego ostatnie publiczne wypowiedzi jasno pokazują z kim mamy do czynienia. Joanna Burakowska często powtarzała cytuję:

W JEGO OTOCZENIU JEST CZERWONO”

     Do dnia dzisiejszego utrzymuję przyjacielskie kontakty z wybitnym członkiem Solidarności Walczącej ikoną walczącej Polski Andrzejem Kołodziejem, który jest gotowy potwierdzić moją działalność we Włoszech. Pragnę podkreślić, że jest to tylko część z mych wspomnień dotyczących lat emigracji.

    W 1989 r. pierwszy raz po latach jako oficjalny przedstawiciel Partito Liberale Italiano przyjechałem na wizytę do Polski. Pierwsze kroki skierowałem na grób ojca, gdyż w pogrzebie nie mogłem uczestniczyć. Podczas mych późniejszych licznych wizyt obserwowałem zachodzące zmiany. 

     W rezultacie mych licznych kontaktów międzynarodowych a szczególnie będąc znanym z zasady wywiązywania się z podjętych zobowiązań otrzymałem propozycję zostania Konsulem Honorowym Republiki Kirgiskiej. Po roku działalności jako Konsul Honorowy z okręgiem konsularnym południe RP. zostałem mianowany Konsulem Honorowym Republiki Kirgiskiej na całe terytorium RP. Funkcję tą pełnię aktualnie. Jest to oczywiście nowe wyzwanie, które staram się wykonywać jak najlepiej. Oprócz opieki konsularnej nad obywatelami Kirgiskimi w Polsce, kojarzeniem biznesu propagowaniem kultury podtrzymuję kontakty naukowe między Polską a Kirgistanem. Przykładem może być umowa o współpracy między Politechniką Śląską wydział budowlany a podobną uczelnią w Biszkeku. Przygotowywane są inne. Kirgistan to kraj o dużych możliwościach dla polskich firm. To wrota do Azji. Mili spokojni, uczynni ludzie, którzy garną się do nauki i pracy. To wszystko poparte jest znaczącymi złożami metali rzadkich cenniejszymi niż złoto czy diamenty. (rare earth elements). A to już są konkrety wymierne .

                                                              Janusz Krzywoszyński 

Dekretem: Parytowa Komisja Wybieralności – Rząd Włoski – Wysoki Komisariat Narodów Zjednoczonych Ds. Uchodźców 

Na posiedzeniu w dniu 23 września 1977 r. w Triescie 

przyznał Januszowi Krzywoszyńskiemu 17-08-1953

                                                         KWALIFIKACJĘ UCHODŹCY

W rozumieniu Konwencji związanej ze Statutem Uchodźców, podpisanej w Genewie dnia 28 lipca 1951r. i zgodnie z ustawą z 24 lipca 1954 r., nr 722 (Dziennik Urzędowy nr.196 z 27 sierpnia 1954 r.), która ratyfikuje i przyczynia się do wykonania tej Konwencji we Włoszech.

Rzym: 23 – 09 – 1977.    / oryginalny dokument w archiwum do wglądu /

Przewiń do góry