OPASKA SOLIDARNOŚCI WALCZĄCEJ

WSZYSTKO DLA OJCZYZNY

Mateusz Morawiecki

   Romek Lazarowicz to w moim życiu jedna z ważniejszych postaci. Przez czterdzieści lat ktoś bardzo bliski – niezawodny przyjaciel, wielki i mądry patriota, depozytariusz sporego fragmentu unikatowej a niezbywalnej narodowej pamięci. Jako współpracownik – wzór rzetelności, solidności. Ogromnie kompetentny, niesłychany erudyta, świetne pióro.

   Romka poznałem w 1979 roku. Miałem wtedy 11 lat, on – 26. Duża różnica wieku, przy której trudno mówić o partnerstwie.

   On jednak wiedział, że pomagam przy drukowaniu „Biuletynu Dolnośląskiego”, dla którego pisał. Wiedziałem, że jego dziadek był wojennym bohaterem, za walkę o niepodległość Polski po wojnie zamordowanym przez komunistów. O ojcu Romka, którego też wtedy poznałem, wiedziałem, że był żołnierzem AK, więźniem politycznym, przez UB i SB nękanym jeszcze na początku lat siedemdziesiątych. Wszystko to wywoływało we mnie wielki szacunek, respekt, więcej niż podziw – fascynację. Lazarowiczowie byli dla mnie nadzwyczajnym fragmentem przepięknej polskiej historii. Co ja mogłem im wtedy powiedzieć poza „dzień dobry” na powitanie? Przez długi czas tylko i wyłącznie słuchałem tego, co oni mówili.

  Jedną z pierwszych inicjatyw Romka, dotyczących „Biuletynu Dolnośląskiego”, był dział satyryczny. Sam wypełniał tę część „Biudola” bardzo zabawnymi komentarzami rzeczywistości, humorystyczny- mi interpretacjami wydarzeń politycznych. Były nadzwyczaj celne, ogromnie oryginalne. Przy ich lekturze można się było zaśmiewać do rozpuku, a zarazem dużo się dowiedzieć i zrozumieć.

   Wielokrotnie razem drukowaliśmy. Było to w domu Rolanda Winciorka w Wilczynie, w naszej „Kornelówce” pod Pęgowem i w mieszkaniu rodziny Lazarowiczów przy ul. Ludwika Pasteura. Chociaż wtedy to przede wszystkim Romek drukował, a ja zajmowałem się rozkładaniem i suszeniem świeżo „wyprodukowanych” kartek. Warsztat drukarski Romek rozłożył w kuchni. Potem zresztą „Biuletyn Dolnośląski” opublikował artykuł zachęcający do drukowania właśnie w kuchni, jako miejscu najlepiej się do tego celu nadającym, bo z ujęciem bieżącej wody, zwykle też najlepiej „schowanym” przed oczami osób niepowołanych.

   Już w 1979 roku służyłem jako ktoś w rodzaju łącznika, dostarczającego materiały do kolejnych numerów „Biuletynu Dolnośląskiego”. Przy tej okazji bywałem jednym z pierwszych czytelników tych artykułów, które napisał właśnie np. Romek Lazarowicz. Czasem rozmawialiśmy o nich, zanim jeszcze trafiły na łamy kolejnego wydania naszego niezależnego pisma. W pokoju Romka bywały też przygotowywane matryce do druku. Często wystukiwała je na maszynie do pisania żona Romka – Helena.

   Nigdy nie zapomnę tych niesłychanie elektryzujących dni, w czasie których zaczynały się strajki na Wybrzeżu w sierpniu 1980. Wiele razy biegałem wtedy między miejscem pracy mojego ojca, który bywał na Politechnice także w środku lata, a naszym mieszkaniem na Kilińskiego i kamienicą przy ul. Pasteura, w której mieszkała rodzina Lazarowiczów. Moje bieganie w tamtych dniach związane było z nagłą potrzebą wydrukowania numeru specjalnego „Biuletynu”, który informowałby o wydarzeniach na Wybrzeżu, celach podjętego strajku oraz wzywałby do przyłączenia się do tego wielkiego protestu, rozpoczętego na drugim końcu Polski. Romek z Helenką też te wydarzenia bardzo przeżywali. Chyba nawet bardziej niż ja, bo im nie wystarczyło ciągłe nasłuchiwanie wiadomości z Wolnej Europy i innych zachodnich rozgłośni, oni po prostu wsiedli w pociąg i pojechali do Trójmiasta. Byli pod bramą Stoczni Gdańskiej, ale dużo bardziej owocne było dotarcie przez nich do Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni. Tam bowiem od pierwszego dnia strajku na pełnych obrotach, dniami i nocami pracowała strajkowa drukarnia. Stoczniowcy z Gdyni przez ogrodzenie przekazywali każdemu, kto tylko chciał, ogromne ilości gazetek. Oczywiście wzięcie tej bibuły wiązało się z ryzykiem. Milicja i bezpieka obserwowała gromadzących się pod zakładem ludzi. Jednak Romkowi i Helence udało się wypełnić torby i plecaki tysiącami gazetek i z całym tym ładunkiem dotrzeć do dworca. Jadąc pociągiem, wychodzili z wagonu na każdej stacji, rozdawali ludziom, zostawiali na peronie setki tych gazetek. To, co im zostało, dowieźli do Wrocławia. No i oczywiście dowieźli też wiadomości o tym, co się w Trójmieście dzieje. Romek był tym ogromnie podekscytowany. Wrócił z Gdyni w jakimś takim stanie niemal euforii. Powtarzał: „Musimy to samo zrobić we Wrocławiu. Strajk całego miasta, włącznie z tramwajami i autobusami. Wolne związki zawodowe – kawałek czegoś bez komunistycznego nadzoru – musimy to wywalczyć!” Chyba następnego dnia SB zaczęła poszukiwać mojego ojca. Tato już się wtedy ukrywał i drukował wydanie „Biuletynu” z listą postulatów i wezwaniem do solidarności z robotnikami Wybrzeża. Paczki z tym wydrukiem przynosiłem także do Romka, który jednak po kilku dniach rozstawił swój warsztat drukarski w kuchni i sam drukował dniami i nocami. Kartki z mokrą jeszcze farbą rozkładaliśmy na korytarzu mieszkania. Było tego tyle, że kuchnia w zasadzie była wyłączona z użytkowania. Pani Lazarowicz właściwie nie mogła gotować obiadów. Wszyscy jednak podchodzili do tego ze zrozumieniem. W końcu nie zawsze dzieją się rzeczy, jakie się działy w Polsce wtedy, w sierpniu 1980.

   Natychmiast po 31 sierpnia 1980 Romek, jak też moi rodzice, moja najstarsza siostra i bezlik znajomych, włączyli się w wir działalności, mającej na celu zbudowanie niezależnego związku zawodowego. Solidarność była dla niego enklawą polskiej wolności, czy nawet niepodległości, którą trzeba było uczynić jak najsolidniejszą, jak największą. Liczył na to, że pod jej „parasolem” rozwijać się będzie mogło wiele innych niezależnych inicjatyw. „Solidarności” służył swoimi umiejętnościami dziennikarskimi, redaktorskimi. Siedziba Zarządu Regionu przy Placu Czerwonym (dzisiejszy Plac Solidarności), a następnie przy ul. Mazowieckiej – stała się niemal drugim domem dla niego i dla jego żony Helenki. Całymi dniami stukali w klawiatury maszyn do pisania. Romek był autorem sprawozdań z bardzo wielu wydarzeń. Oboje organizowali też sprzedaż niezależnych wydawnictw.

   Na przełomie września i października 1980 roku zaczęło się formować we Wrocławiu Niezależne Zrzeszenie Studentów. Nie miało ono jeszcze wtedy takiej nazwy. Przez dość długi czas część założycieli tej organizacji chciała, żeby nazwa była taka, jak „Solidarności” – Niezależny Samorządny Związek Zawodowy. Argumentowano, że student to też, w pewnym sensie, zawód. Mój ojciec pracował na Politechnice, siostra studiowała na Uniwersytecie. Bywałem na tych uczelniach w czasie spotkań organizacyjnych i wieców. Niejednokrotnie towarzyszyłem wtedy właśnie Romkowi, który pojawiał się tam z niezależnymi wydawnictwami i zbierał też materiały do gazetek „Solidarności”.

   W okresie szesnastu miesięcy legalnego funkcjonowania „Solidarności” nadal ukazywał się „Biuletyn Dolnośląski”. Jego struktura wydawnicza wciąż była tajna. Drukowano go według tych samych zasad jak przed Sierpniem 1980 – zachowując praktykę konspiracji. Rosła w tym czasie rola Romka jako autora artykułów „Biuletynu”. Stał się jednym z najważniejszych ogniw redakcji tego miesięcznika. Wszyscy wtedy byli zajęci mnóstwem spraw. Stąd też moja skromna, dwunasto-, trzynastoletnia osoba, też była coraz bardziej przydatna. Regularnie kursowałem między moimi rodzicami, kilkoma ich współpracownikami a mieszkaniem Romka. Nosiłem materiały dla „Biuletynu”, matryce czy diapozytywy, część wydruku. Tradycją stało się stukanie w okno jego pokoju, znajdujące się obok bramy kamienicy przy ul. Pasteura. Po tych stuknięciach Romek orientował się, kto do niego przyszedł i kiedy się zbliżyłem do drzwi – najczęściej on je właśnie otwierał.

   Chyba największą część życia Romek spędził w tym swoim pokoiku, będącym też miejscem jego pracy. Miał w nim sporo książek, w tym trochę wydanych na emigracji i w drugim obiegu. Od 1980 roku często przesiadywałem u niego, zaczytując się w tych książkach. Niejednokrotnie dotyczyły historycznych wątków mało mi wówczas znanych, więc potrzebowałem czasem wyjaśnienia różnych kwestii. Romek miał trudności z mówieniem, ale ta jego cecha skutkowała w sposób bardzo korzystny. On po prostu nigdy nie mówił byle czego. Jeśli się na jakiś temat wypowiadał – często miało to formę lakonicznej, bardzo spójnej, trafnej konkluzji. Wiele razy wzbudzało to we mnie prawdziwy podziw. Ktoś inny nudziłby o jakiejś kwestii przez pół godziny, a Romek w jednym zdaniu potrafił wyrazić wszystko, co najważniejsze. Żadnej nigdy „mowytrawy”.Zawsze–trafna ocena, precyzja i konkret. W moim rodzinnym domu często byłem świadkiem dysput z udziałem różnych profesorów. Tyrady i polemiki trwały czasem do późnej nocy. A wypowiedzi Romka były krótkie i „w punkt”. Zawsze też były wynikiem bardzo solidnej wiedzy. Nawet dziś, po moich studiach na kilku niezłych przecież uczelniach, po wielu latach współpracy z osobami często naprawdę wybitnymi, mogę stwierdzić, że Romuald Lazarowicz to jeden z najwspanialszych erudytów, jakich spotkałem w całym moim życiu.

   W 1981 roku współpraca mojego ojca z Romkiem była coraz bardziej ścisła. Wspólna sprawa ugruntowywała ich przyjaźń. Jesienią 1981 roku wraz z Wiesławem Moszczakiem i przy współpracy z Józefem Tallatem mój ojciec i Romek zaczęli wydawać gazetę plakatową „Nasze Słowo”. O ile pamiętam – Romek nie tylko zamieszczał w tym piśmie artykuły, ale też nadawał mu formę graficzną. Uczestniczyłem w rozklejaniu tej afiszowej gazety w różnych punktach miasta. Do wprowadzenia stanu wojennego Romek wraz z moim ojcem i Wieśkiem zdążyli wydać pięć numerów „Naszego Słowa”.

   Rodzina Lazarowiczów zawsze była aktywna w polskich dążeniach niepodległościowych i stąd ciągłe nią zainteresowanie Służby Bezpieczeństwa. W stanie wojennym bardziej jednak się zainteresowała ojcem Romka, panem Zbigniewem Lazarowiczem i bratem Romka Przemysławem. Ich internowali, a Romka, w całej rodzinie najbardziej aktywnego, nie. Dzięki temu od 13 grudnia 1981 do końca maja 1982 roku mógł pełnić funkcję redaktora naczelnego pisma „Z Dnia na Dzień”. Funkcję, którą mój ojciec powierzył mu koło południa pierwszego dnia stanu wojennego. Przez kilka miesięcy „Z Dnia na Dzień” ukazywało się trzy razy w tygodniu. W historii drugiego obiegu wydawniczego chyba nie było nikogo innego, kto przez tak długi czas redagowałby pismo ukazujące się w podobnym cyklu – co dwa dni.

   Romek był tytanem podziemnej działalności, przy czym potrafił nie rzucać się w oczy bezpiece. Był świetnym konspiratorem, bardzo wiele podziemnych inicjatyw opierało się przede wszystkim na nim, a udawało mu się to osiągać, nie będąc wytropionym przez SB. 31 sierpnia 1982 roku uczestniczył w bezprecedensowej operacji nadawania szeregu audycji Radia Solidarności Walczącej, informujących o rozwoju wydarzeń w czasie największych demonstracji stanu wojennego.

   Romek był jednym z najbardziej aktywnych redaktorów prasy podziemnej. Przez wiele lat to na nim ciążyła największa część odpowiedzialności za „Biuletyn Dolnośląski”. Chyba najczęściej występował pod pseudonimem Jan Ewaryst. A podpisywał się też co najmniej kilkoma innymi. Przynajmniej kilka razy uczestniczyłem w sporządzaniu wraz z Romkiem notatek do pism Solidarności Walczącej, dotyczących głównie demonstracji. Z Romkiem wiąże się też mój dziennikarski debiut. To z nim omawiałem pierwsze moje artykuły zamieszczane w „Biuletynie Dolnośląskim”. Do domu Romka docierały też czasem adresowane do mnie listy, które do rodziny pisał mój ukrywający się wówczas ojciec.

   W latach osiemdziesiątych u nikogo związanego z konspiracją nie bywałem tak często, jak u Romka. Paradoksalnie – mieszkanie jednego z najbardziej zaangażowanych ludzi opozycji było względnie bezpieczne. Bezpieka po prostu nie wiedziała o działalności Romka. I to pomimo jej ogromnej skali. Dzięki temu mogłem u niego bywać nawet kilka razy w tygodniu. Doradzał mi, na jaki temat pisać i jak pisać. Był najważniejszym mistrzem moich pierwszych kroków w dziennikarstwie czy publicystyce.

   Pod koniec lat osiemdziesiątych Solidarność Walcząca, jako pierwsze środowisko opozycyjne w Polsce, zaczęła się posługiwać technologiami komputerowymi. Polegało to np. na tworzeniu serwisów – comiesięcznych, bardzo bogatych zbiorów informacji, które były zapisywane na dyskietkach. W tej postaci trafiały do wielu podziemnych redakcji na terenie całego kraju. Za każdym razem oznaczało to możliwość wydrukowania co najmniej stu stron informacji, przydatnych wydawcom bezdebitowej prasy. W Agencji Informacyjnej Solidarności Walczącej rolę chyba największą odgrywał Romek. A działała ona jak nowoczesna, profesjonalna agencja prasowa.

  Romek był jednym z pierwszych opozycjonistów, którzy w swojej działalności zaczęli wykorzystywać komputery. Sam uczył się składu i bardzo wielu innych programów. Od połowy lat osiemdziesiątych do końca życia był pod tym względem zawsze „na czasie”. Był w czołówce tych, którzy jako pierwsi zaczynali sprawne posługiwanie się Photoshopem, Corelem czy Indesignem. I zawsze był w tych dziełach bardzo fachowy i – w nieocenionym stopniu – solidny.

   Na początku 1991 roku środowisko Solidarności Walczącej zaczęło wydawać swoje pismo „Dwa Dni”. Redakcję mieliśmy przy ul. Kotlarskiej we Wrocławiu. Oczywiście składem gazety zajmował się przede wszystkim Romek. I był też jednym z najważniejszych piór tej gazety. To doświadczenie w pracy redaktorskiej, profesjonalizm w wykorzystywaniu technik informatycznych, pozwoliły mu potem na założenie wraz ze swoją żoną Heleną własnego wydawnictwa. Za jego sprawą ukazało się wiele świetnych książek. Pismo „Dwa Dni” nie wychodziło długo, ale Romek miał w nim swój bardzo znaczący udział. On był autorem graficznej strony tej gazety, a jego artykuły były bardzo atrakcyjnymi, żywymi wypowiedziami, zbudowanymi na fundamencie ogromnej erudycji.

   Część lat dziewięćdziesiątych spędziłem na studiach w Niemczech i Szwajcarii. Przy okazji każdej wizyty w rodzinnym Wrocławiu zawsze starałem się spotkać z Romkiem. On związał się w tym czasie ze środowiskiem wydawnictwa „Wektory”, pismem „Forum Polskie” i czasopismem „Opcja na Prawo”, którego potem, przez kilkanaście lat, był naczelnym redaktorem. Starałem się czytać wszystko, co publikował, i zawsze byłem pod wielkim wrażeniem jego świetnego umysłu analitycznego, jego zdolności wyciągania trafnych konkluzji i doskonałego języka uprawianej przez niego publicystyki. Romek świetnie rozumiał współczesną gospodarkę, doskonale znał się na ekonomii, jak ryba w wodzie poruszał się np. w sprawach rynków finansowych. Te sprawy pasjonowały go i ogromnie dużo o nich wiedział. Kiedy więc zostałem prezesem Banku Zachodniego WBK wiele razy prosiłem go o przygotowanie dla mnie różnych analiz. Był w tym niesłychanie przydatny także z tej przyczyny, że prowadził nocny tryb życia. Wstawał późno, ale chodził spać – nad ranem. Dlatego wiele razy, kiedy potrzebowałem już następnego dnia mieć przygotowany jakiś temat – wystarczyło, że poprosiłem go o to późnym popołudniem. Następnego dnia gotowy materiał mogłem czytać już przy śniadaniu.

   Przez całe życie Romek – żył Polską. Wszystko, co dotyczyło naszej ojczyzny, było dla niego najważniejsze. Nie tylko historia, w związku z czym, jako autor prac o organizacji Wolność i Niezawisłość został wyróżniony tytułem Kustosza Pamięci Narodowej. Romek interesował się też porządkami politycznymi i ekonomicznymi różnych krajów. Pasjonowało go to dlatego, bo zastanawiało go, jakie rozwiązania byłyby najlepsze w naszym kraju. Wiedział ogromnie dużo np. o systemie południowokoreańskich czeboli i o reformach gospodarczych wdrażanych przez Wiktora Orbana na Węgrzech. On te procesy dokładnie śledził, wiele razy mi o nich opowiadał, wskazując, co z tego mogłoby znaleźć zastosowanie w Polsce. Kiedy jesienią 2015 roku zostałem wicepremierem, Romek był jednym z tych moich przyjaciół, którzy najlepiej się domyślali tego, co mi w tej sytuacji może być potrzebne. Wiedział, że mam bardzo mało czasu. Stąd też byłem pewny, że jeśli przychodzi od niego mail, to zawiera on jakąś myśl naprawdę przydatną w zarządzaniu ministerstwami. Czasem sam podsyłałem mu jakieś zagadnienie do przemyślenia i w odpowiedzi otrzymywałem propozycje rozwiązań, zawsze poparte mądrymi argumentami czy precyzyjnymi przykładami z innych krajów.

   Romka zawsze będę pamiętał jako wielkiego patriotę, przez całe życie kierującego się zasadą: wszystko dla Ojczyzny, nic dla siebie. Realizacja takiej właśnie postawy nie była żadnym trudem czy poświęceniem, było to dla niego źródłem szczęścia. Romek był jednym z moich najbliższych, najbardziej serdecznych przyjaciół. To mało powiedziane, że nie sposób było go nie lubić. Jego trudno było nie kochać. To był człowiek ogromnie serdeczny, ciepły, nieskończenie oddany. Od jego odejścia mam poczucie braku kogoś absolutnie wyjątkowego, niepowtarzalnego.

Przewiń do góry