Przedmowa

Pośród bohaterów „Solidarności” Romualdowi Lazarowiczowi, albo po prostu Romkowi, przyszło zająć miejsce szczególne. To, czego dokonał, wystarczyłoby na kilka pięknych biografii. Przez całe życie walczył – o wolność, godność, prawdę. Walczył również z własnymi, czysto fizycznymi słabościami. A jednocześnie zachował iście dziecięcą ufność w drugiego człowieka, ufność wynikającą z głębokiej wiary w ludzką dobroć, szlachetność intencji, wierność podzielanym i przez niego ideałom.

Trudno oprzeć się, opatrując słowem wstępnym książkę o Nim, czysto osobistej refleksji. Poznaliśmy się w czasach pierwszej „Solidarności” i była to zwykła, wynikająca z przecinania się związkowych dróg, znajomość. Stykaliśmy się, choć incydentalnie, od czasu stanu wojennego do końca lat osiemdziesiątych. Utrzymywaliśmy kontakt również w III Rzeczypospolitej, także za sprawą współudziału w redagowaniu serii, której tytułowi bohaterowie, ludzie „Solidarności”, zakończyli już swą ziemską drogę. W ostatnim okresie widywałem Go w szpitalnej sali, gdzie, jak zawsze pełen optymizmu, snuł plany co do swych kolejnych poczynań…

A przecież odszedł. Zabrakło Jego autoironii, niezwykłego poczucia humoru, dystansu do otaczającej nas rzeczywistości. To jednak, co wzbudzało i wzbudza po dziś dzień mój podziw, to rozumienie przez Niego istoty służby – tej w sprawach wielkich, dla Ojczyzny (choć, trzeba to dodać, patosu organicznie nie znosił)

i tej w kwestiach z pozoru drobnych. Doskonale przy tym potrafił oddzielić istotę rzeczy od jej pozoru, wydobyć sens ze znaczeń dla wielu nieczytelnych, bronić swych racji, choć z należytym, a niekiedy wręcz nadmiernym szacunkiem dla interlokutora.

Przyznaję, że nie do końca zdawałem sobie sprawę ze skali Jego życiowych dokonań. Był przecież dbającym o precyzję słowa i jasność wywodu autorem, grafikiem, drukarzem, a wcześniej opozycjonistą i znaczącą postacią podziemia solidarnościowego. Człowiekiem wielu nie do końca odkrytych talentów. Kimś niezwyczajnym, ważnym, o olbrzymiej, wrodzonej waleczności, a zarazem prostym i skromnym. Do samego końca pozostał pogodny.

A jednak do naszej wydawniczej serii, którą zresztą współtworzył, zapukał o wiele za wcześnie…

Włodzimierz Suleja

Przewiń do góry